Szczególnie Polecamy

Manewrowanie jachtem na silniku

Cena: 599 PLN

Termin szkolenia: 2018-04-07 - 2018-04-08

Sankt_Petersburg -Ładoga - Onega - Kanał Bałtycko Białomorski - Wyspy Sołowieckie - Archangielsk

Cena: 6000 PLN

Termin rejsu: 2018-07-12 - 2018-08-02

Najbliższe Rejsy

Lima - Panama

Cena: 0 PLN

Termin rejsu: 2018-04-12 - 2018-05-10

Szwedzkie szkiery i norweskie fiordy w majowym słońcu.

Goteborg - Stavanger

Cena: 2050 PLN

Termin rejsu: 2018-05-05 - 2018-05-12

Białe Noce w Petersburgu

Gdańsk - Petersburg

Cena: 1800 PLN

Termin rejsu: 2018-06-30 - 2018-07-12

Najbliższe Szkolenia

Manewrowanie jachtem na silniku

Cena: 599 PLN

Termin szkolenia: 2018-04-07 - 2018-04-08

Praktyczny kurs ratownictwa morskiego

Cena: 750 PLN

Termin szkolenia: 2018-06-29 - 2018-07-01

Wyprawa poprzez Rosję - gorąca relacja

22 czerwca - Piątek

Uff... wylądowalismy.! Jestemy w Petersburgu.! Ogromna radoć i ulga - po ponad 9 miesiacach przygotowań na dobre zaczyna się nasza Wielka Rosyjska Przygoda.! Samolotem z Warszawy do Petersburga zabrała się nasz dziewiątka, pozostali już są w Petersbugru albo wyąldują dosłownie za kilka chwil - a w jacht klubie Krestowskim czakają na nas od srody nasze dwa jachty - Legia i Dar Pucka. Wszystko układa się po naszej mysli, szkoda tylko, że nie spotkamy się z załogami, które płynęły na trasie Gdynia-Petersburg. Bardzo chcielibysmy ich usciskać i podziękować za to, że bezpiecznie dopłynęli tutaj. Niestety ramówka lotów jest nieubłagana, rozminiemy się o minuty jakos w korytarzach lotniska... Zaraz... Ale ta broda i nieodłączny papieros to przecież Władek, kapitan Daru Pucka.! A z nim Piotrek 'Żagiel' - pierwszy oficer z Legii! ...okazuje się, że w Petersburgu przylatujący i odltujący podróżni nie są oddzieleni szklanymi zasiekami, ale mogą się spotkać. Natychmiast zaczynamy rozmawiać - bezcenna okazja, żeby dowiedzwieć się czy i jakie niespodzianki czekają na nas jachtach. Mija 10, 15, 20 minut - dopiero kategoryczny komunikat wzywający Władka i Żagla na pokład samolotu przerywa dyskusję.
Jeszcze tylko odprawa paszportowa i wychodzimy do hali przykotów. Tutaj gdzie czeka na nas Aleksander, który ma nam pomóc dostać się z lotniska na jachty... Jest! Prawie dwumetrowy chłopak o lekko roztargnionym spojrzeniu i sympatycznym uśmiechu ściska w ręku kartkę z logo żeglarskiego stowarzyszenia naszych rosyjskich przyjaciół. W pierwszym momencie zapanował językowy chaos, ale po kilku chwilach wszyscy przywyklismy do komunikacji po polsku, rosyjsku i angielsku - na raz.
A więc Aleksander to nie Alex a Szasza, karty sim kupuje się w tym niepozornym stoisku, a czwarta taksówka zaraz podjedzie - Sasza najwyraźniej nie spodziewał się, jaką ilosć bagaży przywieziemy ze sobą ;)
Podróż na drugi koniec miasta to zanurzenie w rzeczywistoci, która jest zupełnie nowa dla większoci z nas. Cały swiat za szybą taksówki opisany jest cyrylicą, w języku, z którym większoć z nas miała kontakt jedynie oglądając Czterech Pancernych... Czujemy się jak czterolatki, które dopiero uczą się składać litery, w skupieniu czytamy wszystkie szyldy - nie ma wątpliwosci, następne tygodnie to będzie dla nasz przyspieszony kurs rosyjskiego...

W jacht klubie nad Newą wita nas szereg masztów - ale trzy niebieskie banderki powiewające pod salingami Legii i Daru Pucka nie zostawiają wątpliwosći, w którą stronę trzeba się udać. Na Legii czeka na nas kapitan Ola, na Pucku czeka Andrzej, który przypłynął z Gdyni. Rozglądamy się po sąsiednich jachtach - Luna z Niemiec, Manta z Finlandii, norweski Number7 - a na końcu pirsu - duma naszych rosyjskich przyjaciół - przystosowany do żeglugi w Arktyce Piotr I, natychmiast przechrzczony przez nas 'Piotrusiem'. Popłyną jeszcze z nami estoński Rumbjarn, Operon pod polską banderą i rosyjska Nika - klasyczny drewniany jacht regatowy, po prostu przecinak. Ola opowiada o przygodach z odprawą graniczną na wejsciu do Petersburga, do Saszy dołączają Ala i Jura - i pomagają nam zorganizować nasze życie w marinie. Nie wiadomo kiedy mija całe popołudnie i dopiero wczesnym wieczorem głód bierze górę - w dwa jachty wyruszamy na pierwsze spotkanie z rosyjską kuchnią: chłodnik, solianka, pielmieni - smaki znajome, a jednak troszkę inne. No i ta nutka niepewnoci - co w zasadzie zamówilismy? Po kolacji, którą jednomyslnie uznalimy za bardzo udaną, zajrzelismy do sąsiedniego sklepu: oprócz pieczywa, wędlin i warzyw były też inne artykuły pierwszej potrzeby - przede wszystkim pokaźna kolekcja rosyjkich alkoholi,a wsród nich - wódka Putinka! Nie mogąc oprzeć się pokusie sprawdzenia jak smakuje prezydencki bądź co bądź trunek, zaopatrzylismy się w kilka butelek i wrócilimy do mariny, aby na pokładzie Legii przeprowadzić degustację.

..I tak rozpoczęły się długie nocne Polaków i Rosjan rozmowy: Sasza, Ala i Jurij niemal natychmiast zostali naszymi przyjaciółmi. Rozstrzygnęlismy też dylemat, jak w zasadzie nazywa się kapitan Ola? Rosjanie nie potrafili zrozumieć, jak oficjalne imię Aleksandra zmienia się w polskiej interpretacji na Olę - przecież Ola to tyle co Olga, a Aleksandra to po prostu Saszka.! Po długich dyskusjach sięgających dna ostatniej butelki Putinki stwierdzilimy, że nasi gospodarze mają rację - od dzis będziemy pływać z kapitan Saszką.!

23 czerwca - Sobota

Sobota to dzień oficjalnego rozpoczęCia zlotu zorganizowanego przez naszych przyjaciół z rosyjskiego stowarzyszenia żeglarskiego RusArc. O 1030 na każdym z jachtów zjawiają się wolontariusze niosący koszulki dla załóg, zlotowe banderki, książeczki z programem imprezy i z umiechem na ustach pytają, w czym i jak mogą nam pomóc. My umiechamy się jeszcze szerzej, bo okazuje się, że naszymi opiekunami zostali Sasza z Alą! O 1100 mamy się zjawić przed budynkiem jacht klubu - organizatorzy chcą nas oficjalnie przywitać i przedStawić wszystkich uczestników zlotu. Mamy się spodziewać również kilku dziennikarzy, którzy będą chcieli dowiedzieć się, czemu postanowiliśmy żeglować właSnie po Rosji. Ale nikt nas nie ostrzegł, że przywita nas tam grupa szeciu werblistek w błękitnych mundurach, wysokich czapkach, kusych spódniczkach i kawaleryjskich butach - na szpilkach! Krótki pokaz jaki zaprezntowały spotkał się z niekłamanym uznaniem, a męska czeć załóg natychmiast rzuciła sie pozować do zdjęć z długonogimi żołnierkami ;)

Potem trzeba się było udać do bardziej prozaicznych zajęć: przejrzec jacht, naprawić drobne usterki, zadbać o zaopatrzenie - bo zgodnie z tym, co nam powiedzieli organizatorzy, o dobrze zaopatrzony supermarket będzie trudno przed Archangielskiem. Tak więc silna ekipa zaopatrzona w torby i plecaki - pod opieką Saszy - ruszyła na poszukiwanie SKLEPU. Wrócili już po czterech godzinach, dwoma taksówkami wioząc zapasy, które - tak na oko - powinny starczyć dużo większej załodze na co najmniej dwumiesięczny rejs... Trzeba się było bardzo pospieszyć ze sztalowaniem tych dóbr, bo na 1800 bylismy zaproszeni do pobliskiej restauracji na powitalne przyjęcie. Spodziewalimy się po Rosjanach iscie słowiańskiej goscinnoci, ale bardzo eleganckie, niezwykle bogato zastawione stoły przerosły nasze oczekiwania... A potem okazało się, że to dopiero były przystawki ;) Bankiet przeciągnął się długo w noc i można by o nim wiele opowiadać, choć podsumować można krótko: też tam bylismy, wódkę i wino pilimy... a komu nie było dane, niech się wybierze za rok!

24 czerwca - Niedziela

Po sobotnim przyjęciu niedziela długo nie mogła się rozpocząć. O 1100, na którą zaplanowany był początek zorganizowanego zwiedzania Petersburga, na wszystkich jachtach panował jeszcze chaos i popłoch - kto wracał się po aparat, kto inny w biegu dopinał koszulkę, chyba nikt nie zdążył posprzątać po sniadaniu. Spokój w tym wszystkim zachowuje tylko nasza dziesięcioosobowa grupka - postanowilimy nie jechać ze wszystkimi do Petersburga, ale na własną rękę zorganizować sobie wycieczkę do Carskiego Sioła. Sasza, Ala, Olga i Katia zgadzają się pomóc nam tam trafić ;)
Najpierw spacer przez park, potem podróż dwiema liniami metra aż do placu Moskiewskiego, nad którym w najlepsze góruje pomnik Lenina, tam łapiemy autobus - i już prawie jestesmy na miejscu - po półtoragodzinnej podróży wysiadamy w miejscowosci Puszkin, bo tak od rewolucji oficjalnie nazywa się Carskie Sioło. Stajemy przed bramą do carskiej letniej rezydencji. Do wspaniałego parku założonego w stylu klasycystycznym wchodzimy od razu, ale gdy pytamy o możliwosć wejscia do pałacu mieszczącego rekonstrukcję słynnej Bursztynowej Komnaty, jestemy kierowani na koniec gigantycznej kolejki - na jakies 2-3 godziny czekania... Z naszej dziesiatki tylko Natasza była dość zdeterminowana, żeby stanąć w kolejce. Reszta, mimo siąpiącego deszczu zaczęła zwiedzać przypałacowy Ogród Carycy Katarzyny.

Po spacerze w zasadzie jednomylnie stwierdzamy, że przypomina on skrzyżowanie warszawskich Łazienek i Arkadii w Puławach - choć jest chyba wiekszy niż oba polskie parki razem wzięte. Zaopatrzywszy się w drobne suweniry w pospiechu wracamy do Petersburga - musimy zdążyć na Caprains' Meeting na 1700.. Spotkanie kapitanów - choć mniejsze skalą - bardzo przypomina te organizowane na zlotach Tall Ship Races: każdy z jachtów przysłał swojego kapitana, najczęciej w towarzystwie I oficera (w końcu ktos musi notować), Danił jako dowódca flotylli opowiada, jakich zasad musimy przestrzegać pływając po ruchliwej Newie, ustawia jachty w szyku tak, by te większe i mocniejsze zawsze mogły przyjsc z pomocą naszym 'maluchom', wreszcie sugeruje zatankować dużo wody i paliwa, bo o kei bieżącą wodą i podpięciem pod 230V możemy zapomnieć aż do Archangielska - a i z paliwem po drodze nie będzie za różowo.. Po spotkaniu kapitanowie rozbiegają się na swoje jachty - trzeba wysłać załogi po ostatnie zakupy, zatankować paliwo. Stacja jest tuż, tuż, ale - jak na złosć - po dwóch dniach sztilu własnie się solidnie rozwiało! Z Zatoki Fińskiej wchodzi w naszą odnogę Newy całkiem spora i nieprzyjemna fala - i jako nikt nie ma ochoty ryzykować dodatkowych manewrów przy takiej pogodzie. Ale jako to paliwo trzeba dostać... W końcu wpadamy na pomysł genialny w swojej prostocie: do spółki z Darem Pucka mamy baniaki na prawie 200 litrów ropy. Jesliby obrócić dwa razy - będziemy mieli wszystkie zbiorniki pełne! Oczywiscie nie będziemy nosić tego w ręku, taksówki wyjdą dosć drogo... ale przecież Olga ma tutaj samochód! Operacja tankowania naszych dwóch jachtów zajęła w sumie ponad 2 godziny, ale dzięki pomocy rosyjskiej ekipy zakończyła się pełnym sukcesem ;) Do wyjscia z portu zostały nam może dwie godziny...

25 czerwca - Poniedziałek

W jacht klubie o północy zaczyna się ruch - dziewięć jachtów, a wszyscy przygotowują się do równoczesnego wypłynięcia. Ruszamy o 0100, w srodku nocy, żeby dostosować się do godzin otwarcia mostów na Newie. Na pokład każdego jachtu zabieramy pilota. Popłyną z nami również nasi nowi przyjaciele - Sasza i Ala. Cieszymy się bardzo, że uda się choć o kilka godzin opóźnić rozstanie z nimi. No i nie da się ukryć, że ich obecność bardzo się przyda - mój rosyjski jest dramatycznie słaby, a nasz pilot po angielsku zna jedynie komendy na ster... W kilwaterze flagowego jachtu naszej flotylli jeden za drugim wpływamy na Newę. Na rzece duży ruch. Każdy most jest otwierany tylko na pół godziny, więc wszystkie statki na Ładogę, Wołgę i Biełomorkanał ruszają o jednej porze. Nasz pilot ma dokładną listę wszystkich jednostek oraz specjalną ukf-kę z rzecznymi częstotliwosciami. Mosty są ogromne i przepięknie podświetlone, tak samo jak monumentalne pałace nad brzegiem Newy. Wszyscy wyciągają aparaty, nawet Sasza z Alą - mimo że mieszkają w Petersburgu, miasto od strony wody oglądają tak jak my - po raz pierwszy. Tylko ja nie mogę podziwiać widoków - muszę skupić się na sterowaniu, silny prąd rzeki co chwila odrzuca dziób jachtu. Szczególnie mocno odczuwa się to pod mostami, gdzie z powodu przewężenia prąd jeszcze bardziej przyspiesza. Za każdym razem mam wrażenie, że nie trafimy w przeswit albo zahaczymy o podniesione przęsło mostu. Emocji sterników na jachtach ze słabszymi silnikami wolę sobie nie wyobrażać. Jednak nasza flotylla porusza się sprawnie i bezpiecznie - w szyku, jak wąż mijamy kolejne mosty. Kapitanowie mają morskie ukf-ki a piloci swoje rzeczne radia. Czasami dochodzi do zabawnych sytuacji gdy dowódca flotylli prosi "przyspiesz!" a pilot w tej samej chwili każe zwolnić... :) Mijamy podswietloną Aurorę. Wygląda naprawdę imponująco. Po czwartym moscie doganiają nas duże statki handlowe. Zaczyna się ożywiona konwersacja pilotów. Dyskutują o kolejnosci przechodzenia pod mostami.

Teoretycznie komercyjne statki mają pierwszeństwo, ale na flagowym jachcie płynie szef wszystkich petersburskich pilotów :) Ustalamy, że przez kolejny most przejdziemy pierwsi, a potem wtasujemy się pomiędzy statki. O 3 nad ranem dopływamy do miejsca gdzie musimy przepuscić cały ruch na Bałtyk. Płynie chyba 15 statków - a ja muszę ustać jachtem w miejscu pomimo przeciwnego prądu o sile prawie 2 węzłów... Wreszcie ostatni most za nami. Tutaj wysadzamy pilotów oraz żegnamy się z przyjaciółmi. Danił przez radio informuje, że w tym miejscu kończy się cywilizacja - dalej jest już tylko "Russian Safari" :) Szybko ruszamy dalej wyciskając z silników ile się da. Rzeka meandruje, staję się węższa, prąd przyspiesza, a my staramy się wykorzystać żagle by jeszcze trochę przyspieszyć. Są momenty gdy mimo całej naprzód i postawionego grota prawie stoimy w miejscu - a przecież trzeba się spieszyć.! Wszystko przez to, że od Ładogi oddzielają nas jeszcze dwa mosty... Nagle z radia pada krótka komenda "Nam nada żdać". Cały pospiech na nic, pod mostem kolejowym pierwsze przejdą duże statki płynące do Petersburga, a my musimy poczekać 2 godziny do kolejnego otwarcia. Skoro nie można nic poradzić, dziewięć jachtów rzuca kotwice w malowniczym zakolu Newy - słońce, ciepło, swiergot ptaków - istna sielanka. W końcu schodzimy z kotwicy, bo przęsło mostu zaczyna się unosić. I w tym momencie okazuje się, że muszę utrzymać prędkosć co najmniej 5 węzłów by zdążyć na ostatni już most, który jest otwierany tylko na 10 minut!! Jesli uwzględnić prąd o sile około 2 węzłów, babuszka Legia musi płynąć ponad 7 węzełków.! Jeszcze większy problem ma Dar Pucka, którego niewielki silnik nie ma wystarczającej mocy... Dostawiamy żagle i gnamy ile sił, wykorzystując każdy zakręt rzeki by znaleźć miejsca gdzie prąd jest słabszy i możemy przyspieszyć. W końcu jestesmy pod mostem - dokładnie o czasie :) Danił przez radio gratuluje wszystkim sukcesu - nareszcie możemy troszkę zwolnić. Po kolejnej godzinie żeglugi cumujemy w Szlisseburgu. Nabrzeże jest tu krótkie. Stajemy więc w trzech tratwach po 3 jachty.

Taki postój bardzo sprzyja integracji. Spacer po miasteczku i rozmowa z babcią obsługującą miejski szalet dostarcza bardzo cennej informacji. Dzis wieczorem przy tutejszym basenie będzie organizowana bania dla mężczyzn!! Oczywiscie nie możemy przegapić takiej okazji...

27 czerwca- wtorek

Poniedziałkowy wieczór w Schliesselburgu minął... stosunkowo spokojnie. Najpierw silna męska grupa wybrała się do bani. Rosyjska bania to nie fińska sauna - nie jest koedukacyjna. W publiczne banie rozpalane są najczęściej dwa razy w tygodniu - jednego dnia jest bania męska, innego - damska. Separacji płci negocjować się nie da, więc dziewczyny musiały zadowolić się prysznicem przy basenie. Natomiast panowie wrócili pełni wrażeń: początkowo miejscowi przyjęli ich z rezerwą, ale po tym, jak dzielnie znieśli kłęby pary zyskali uznanie - i przeszli szkolenie z użytkowania rosyjskiej bani: a więc te śmieszne filcowe czapeczki służą do ochrony głowy przed gorącem, brzozowych witek nie należy obrywać z listków, a smagać się nimi trzeba z wyczuciem - nie za mocno, ale i nie za delikatnie...
Dalszy plan na wieczór przewidywał jedynie kolację i odsypianie całonocnej żeglugi Newą, ale nim się obejrzeliśmy, sąsiedzi ze wszystkich chyba jachtów przenieśli się do pobliskiej knajpki... Niepozorny, półotwarty baraczek tuż nad wodą trząsł się w posadach, kiedy polsko-rosyjsko-estońsko-niemiecka ekipa ruszyła do tańca (Finowie i Norwegowie jeszcze starali trzymali się z dala od tego żywiołu). Tajemniczy przypływ energii można chyba tłumaczyć niepozornym, czerwonym kanisterkiem, który krążył między stolikami. Jego zawartość zapewnił ojciec jednego z naszych rosyjskich przyjaciół. Co było w środku? kto by wnikał... ale trunków o tej mocy raczej nie sprzedaje się w sklepach ;)
Dlatego we wtorek życie pojawiło się na jachtach flotylli jakoś dopiero koło 1000.. Zaspanych postawiło na nogi pojawienie się - z rykiem silnika - zamówionej dzień wcześniej motorówki, która miała nas przewieźć do położonej na pobliskiej wyspie twierdzy Schliesselburg.

Przysadziste bastiony, grube, mocne mury, doskonałe do obrony położenie w nurcie Newy - twierdzę w obecnym kształcie nakazał zbudować Piotr I tuż po zakończeniu wojny północnej w 1702 roku - dla obrony przed Szwecją. Kolejni carowie umacniali swoja pozycją w tym regionie, Schliesselburg zyskiwał na znaczeniu - i jednocześnie zmieniał swoje przeznaczenie. Z czasem przestał być jedynie kluczowym punktem obrony granic - a stał się również więzieniem. Położony dość blisko, a jednak wystarczająco daleko od Petersburga, z silną obsadą wojskową, był doskonałym miejscem odosobnienia więźniów politycznych. Trafiali tu dysydenci wszelkiej maści: rosyjscy dekabryści i narodowcy, komuniści, demokraci, liberałowie... i wszyscy, którym było nie po drodze z carską władzą. Trafiło tu też wielu Polaków - najbardziej znany spośród nich to Ludwik Waryński, który zmarł w tutejszym więzieniu w 1889 roku. Wojskowe znaczenie Schliesselburga wróciło w czasie II wojny światowej, gdy twierdza odgrywała kluczowe znaczenie jako punkt główny obrony miasta podczas trwającego latami oblężenia Leningradu...
Spacerując po terenie twierdzy (i oganiając się od natrętnych komarów) z trudem składamy w jedno fragmenty złożonej historii tego miejsca: tu rozstrzeliwano carskich więźniów, w ruinach zniszczonej cerkwi stoi pomnik obrońców Leningradu, tam na ścianie tablice sławiące więzionych tu komunistów, którzy potem stali się bohaterami sowieckiej rewolucji - a miedzy tym wszystkim ruiny średniowiecznych fortyfikacji, o których nie wiadomo nawet, czy one szwedzkie czy ruskie? Jak na dłoni widać, że w Rosji żadne rozmowy o historii nie mogą być proste.

Po południu Captains Meeting. Danił rozkłada na nabrzeżu mapę zachodnich brzegów Ładogi, na żółtej karteczce zapisuje koordynaty punktu, gdzie mamy spotkać się następnego dnia. Od wyjścia na Ładogę nie będziemy już płynąć na silnikach, każdy postawi żagle i będzie mógł obrać taką drogę, jaka wyda mu się najwygodniejsza. Nad mapą kuca, klęczy i pochyla się ósemka pozostałych kapitanów. Tylko Astrid z Luny była tu wcześniej, reszta ma wypłynąć na wody Ładogi po raz pierwszy - więc trzeba dobrze upewnić się, co nas czeka. Tym bardziej, że chyba nigdzie na świecie nie wydano locji Ładogi, a i o dobre mapy jakoś trudno... Na wszelki wypadek umawiamy się na stały nasłuch na kanale 72, a na 0600 ustalamy komunikację radiową - podamy Piotrowi I nasze pozycje, na wypadek, gdyby któryś z jachtów jednak próbował się zgubić ;)

...i kiedy już wydawało się, że kapitanowie ogłoszą zbiórkę załóg na burtach, że po kolei rzucimy sznurki i pożeglujemy na Ładogę - zjawił się na nabrzeżu właściciel nadbrzeżnej knajpki... Nie, nie z pretensjami o wczorajsza imprezę, wręcz przeciwnie - szerokim gestem zapraszając na dziś wieczór. Nieco zakłopotani patrzymy na Elenę - jest I oficerem na Piotrze I i twardą ręka trzyma wszystkie sprawy organizacyjne - a Elena tylko kiwa głową... Zaprasza Azer, odmówić - nie lzja... Ale jeśli przyjmiemy zaproszenie, flotylla utknie w Schliesselburu co najmniej do następnego popołudnia.
Najpierw udało się wybronić kapitanów - nam nada w Łagodu iść, kapitanom pit' nie nada... Podobnym fortelem wybronili się oficerowie - w końcu ktoś te łódki z kapitanami prowadzić musi. Po półgodzinnych negocjacjach w kierunku knajpki udała się dwuosobowa delegacja honorowa (po jednym załogancie z Legii i Daru Pucka), która zobowiązała się pić w imieniu całej flotylli. Stojąc na nabrzeżu patrzyliśmy na oddalających się kolegów troszkę jak na skazańców prowadzonych na stracenie ;)
Po 40 minutach kolegium kapitanów uznało, że wystarczy - najwyższa pora ratować delegatów. Szybko skompletowano trzyosobową, rosyjsko-polska wyprawę ratunkową - ale po kwadransie stało się jasne, że i ratownicy zostali wchłonięci przez rozwijającą się z azerskim rozmachem imprezę... W końcu ruszyło szefostwo: Elena ze wsparciem Maćka i Vadima z Niki. Po półgodzinnych negocjacjach okupionych koniecznością wypicia choćby piwa, za cenę wyprawowej naszywki i polskiego proporczyka (oraz solennej obietnicy powrotu nie dalej niż za 4 tygodnie) udało się wykupić naszych biesiadników - jeszcze pół godziny a chyba nie byliby w stanie samodzielnie wrócić na jachty...
I tak, jakoś tuż przed 2300, nasza flotylla postawiła żagle i - nareszcie w ciszy - zaczęła żeglugę po największym jeziorze Europy. Jakkolwiek cisza była względna - spod pokładu Legii dochodziło dźwięczne chrapanie jednego z naszych delegatów. Maciek, w uznaniu jego bohaterskiej postawy i zasług dla całej wyprawy zwolnił go na tę noc z obowiązku pełnienia wachty...

27 czerwca- środa / 28 czerwca - czwartek

0600 communication schedule.! Z kilkuminutowym poślizgiem jachty zaczynają podawać swoje pozycje, na Piotrze I wszystko notuje Elena. Od razu słychać, kto brał udział w regatach The Tall Ships' Races - 2 cyfry na stopnie, dwie cyfry na minuty, kropka, jedna cyfra dziesiątych, nawet bez North czy East, bo przecież w ciągu ostatnich kilku godzin nie zmieniliśmy półkuli. Krótko, jasno i trudno się pomylić. Na Legii mocno zaspany Maciek dziubie palcem w elektroniczną mapę na ekranie komputera - a potem wystawia głowę z rufówki. No tak, wszystkich widać. Piotr I gdzieś na horyzoncie z przodu, Operona poniosło gdzieś na bok, Luna grzecznie za Piotrem, Estończycy mają to w nosie i grzeją wzdłuż brzegu na silniku, Manta chyba tam po lewej, razem z nią Norwedzy, a to niebieskie - o tam, to oczywiście Dar Pucka, a ten trójkącik na horyzoncie to pewnie Nika. - No to wy sobie płyńcie, a ja wracam sprawdzić, czy śpiwór nie wystygł... - rzucić czymś ciężkim nie wolno, w końcu kapitan, więc znikającego w kabinie Maćka żegna tylko wściekłe prychnięcie wachty. Choć w zasadzie ta świtówka nie taka zła – dość chłodno, ale jasno i pogodnie, słońce już całkiem wysoko nad horyzontem… Nie da się ukryć, że pływanie po wysokich szerokościach ma całkiem spore zalety. Koło 0800 na horyzoncie już widać wyspę, na którą płyniemy. O 1000 Piotr I zaczyna odpytywać wszystkich po raz kolejny o zanurzenie – pirs, przy którym mamy stanąć jest niewielki, musimy podejść prawie do samego brzegu, a dno opada tu bardzo łagodnie – lepiej nie ryzykować, że ktoś ugrzęźnie w piachu. O 1030 wszyscy już stoją na sztywno (coraz sprawniej nam to wychodzi) a Elena urządza kapitanom zbiórkę i tłumaczy, gdzie tak naprawdę jesteśmy.

Ta wyspa to Konevic (a może raczej Konevec? Nieustannie mamy kłopot z transliteracją rosyjskich nazw) to wyspa-sanktuarium, jedno z kilku najważniejszych ‘świętych miejsc’ rosyjskiego prawosławia. Cała wyspa jest własnością monastyru i pod jego całkowitym zarządem. Dlatego nie ma mowy o wyjściu z piwem choćby na pirs, nie powinniśmy przesadnie hałasować, jeśli ktoś chce się wykąpać w jeziorze musi odejść na tyle daleko, by nie widzieli go pielgrzymi przybijający do pirsu (dwie godziny później okazało się, że to samo dotyczy przygotowania obiadu na grillu – można, ale gdzieś tam, daleko…). Na terenie monastyru kobiety powinny mieć nakryte głowy i lepiej by było by nosiły spódnice – najlepiej długie…
I tu zaczyna się problem – chustki na głowę są pod ręką, ale damska część załogi spakowała w zasadzie tylko spodnie. A że plażowania nie było w planach (w końcu płyniemy na północ.!) to i o paero trudno… W końcu powstały trzy ‘kreacje’, które w naszym rozumieniu nie powinny obrażać monastyrskiej moralności. Lecz jeśli celem przebrania dziewczyn w ten sposób było to, by nie zwracały uwagi swoim wyglądem to… cel nie został osiągnięty. Spętane chustkami i z dziwnymi konstrukcjami na głowach - mało powiedzieć, że rzucały się w oczy!

Monastyr na Konevic jest niewielki i cichy. W czasach sowieckich został zamknięty, cerkiew i budynki gospodarcze niszczały, mnichów przepędzono, a na wyspie urządzano kolonie dla dzieci inwalidów wojennych. Kilkanaście lat temu znów stał się własnością cerkwi i teraz jest pomału remontowany. Dolną cerkiew już odrestaurowano – pachnąca woskiem, zalana złotym światłem wpadającym przez witrażowe okna ma swój specyficzny klimat. Ale większe wrażenie robi wciąż nie wyremontowana cerkiew zimowa, górna. Ściany i sklepienie pokryte częściowo zatartymi polichromiami pozwala wyobrazić sobie dawny przepych tego wnętrza.
Dziedziniec monastyru jest pełen zieleni i drzew, pomiędzy nimi trochę jak cienie, przemykają mnisi w czarnych riasach (sutanna o specyficznym kroju) i w czapkach-kamilawkach na głowach. Długie brody i niestrzyżone włosy związane na karku dopełniają obrazu prawosławnego monacha.
Poza ścisłym obrębem monastyru toczy się zwykłe gospodarskie życie – pod murem pasie się stado rozbrykanych kóz, dwóch mnichów ładuje wielką bańkę na przyczepkę dołączoną do quada, słychać warkot piły mechanicznej, na boisku dzieciaki grają w piłkę – wciąż organizowane są tu kolonie. Dalej jest piękny, sosnowy las z bogatym poszyciem, a w nim zagubiony wśród drzew cmentarz – i pięknie malowana drewniana czatownia strzegąca rozstaju dróg. Leśnymi ścieżkami można dojść na brzeg wyspy, która urwaną, piaszczystą skarpą schodzi w wody Ładogi.
Po wyspie można by jeszcze długo błądzić odkrywając kolejne urokliwe zakątki – a to wrak drewnianego statku, a to resztki latarni morskiej, a to skity – miniaturowe klasztory dla 2-4 mnichów – rozsiane po jej brzegach, ale umówiliśmy się, że o 1500 flotylla rusza w dalszą drogę. Jeszcze tylko przyglądamy się rozładunkowi małego stateczku, który przywiózł na wyspę pielgrzymów – i stolarkę okienną – i nieco głodni ruszamy w drogę (w końcu kiełbaska z patelni to nie to samo, co planowana kiełbaska z grilla…).

Koło 2200, po jakiś 30 milach żeglugi, jesteśmy prawie na samej północy Ładogi, na podejściu pod wyspy Vaalam. Nie jest łatwo tu wpłynąć, po nabieżnikach i słabo oznaczonym torze trzeba wejść do zatoczki wcinającej się głęboko między wysokie brzegi wyspy. Niby mapy są wystarczająco dokładne, ale… czasem ni jak nie chcą pokrywać się z rzeczywistością. Raz przez godzinę – bezskutecznie – wypatrujemy kardynałek, których najzwyczajniej w świecie nie ma, to znów wyrastają tuż przed dziobem nowe, o których mapa ani raczyła wspomnieć… Na wszelki wypadek lepiej trzymać się blisko Piotra I.
Tuż po północy stanęliśmy do niewielkiego pływającego pontonu w 2/3 zatoczki. Jak dobrze, ze tu praktycznie nie ma nocy – po ciemku taki slalom między nieoświetlonymi kardynałkami nie byłby możliwy. Ledwie zacumowaliśmy, zaraz wszyscy wylegli na ponton, zaraz pojawiło się piwo i zrobiło się wesoło – a Elena zaczęła rwać włosy z głowy, bo przecież Vaalam to kolebka rosyjskiego prawosławia, miejsce święte ze świętych, gdzie wszystko musi się odbywać mało że za zgodą, to jeszcze za błogosławieństwem tutejszego igumena (przełożonego monastyru) jak tu wytłumaczyć to tej rozbawionej zgrai??

Rozbawiona zgraja obsztorcowana przez kapitanów najpierw nieco przycichła, a potem poszła spać – i całkiem karnie (choć ziewając na potęgę) zerwała się na 1000, kiedy mieliśmy umówiona wycieczkę z przewodnikiem po terenie monastyru. Trójka przewodników podzieliła nas między siebie – i bardzo szybko okazało się, że te grupy, które poszły z przewodniczkami miały szczęście, za to ekipa, którą oprowadzał młody przecież chłopak – straszliwie skarżyła się na nudę.
Monastyr na Vaalam ma pozycję porównywalną z polską Częstochową – a wraz z nim przychodzą wszystkie wady i zalety takiego statusu: łatwo znaleźć środki na renowację zniszczonych w sowieckich czasach zabytków, lecz prowadzona jest ona tak, by zaspokoić gusta przybywających pielgrzymów. Legendarne cudowne ikony, które w czasie rewolucji bolszewickiej zostały zniszczone lub wywiezione do Finlandii (tam stworzono ‘Nowy Vaalam’, który do dziś pielęgnuje tradycje dawnego monastyru), dziś są odtwarzane na podstawie zdjęć – a nowe kopie niosą już ze sobą ani ducha ani estetyki starych malowideł. Jeśli na Vaalam szukać mistyki, to nie w ikonach, a w śpiewie: trafiliśmy do małej kaplicy na ledwie półgodzinny koncert pięcioosobowego chóru męskiego, który dla turystów wykonywał tradycyjne pieśni liturgiczne i polifoniczne psalmy... Jak musi brzmieć ta muzyka, jeśli wykonuje ją pełen chór murach wielkiego soboru.!
Popołudnie spędziliśmy spacerując po okolicy, odwiedzając rozproszone po wyspie skity i monastyrskie cmentarze. Ale największy entuzjazm wzbudziły dwa odkrycia: fantastyczny chleb w przyklasztornej piekarni oraz bania dla wolontariuszy pracujących latem w klasztorze – niestety znów tylko męska… Wszyscy są zmęczeni, o 0600 mamy ruszyć w dalsza drogę - więc wieczór zapowiada się spokojnie. Choć znając naszą flotyllę niebezpiecznie jest wysnuwać takie wnioski…

29 czerwca - piątek / 01 lipca - niedziela

Jakiekolwiek prognozy dotyczące tego, jak będzie przebiegał 'lądowy' wieczór w naszej flotylli są z gruntu chybione. W czwartek na Vaalam wydawało się, że wieczór upłynie spokojnie. Ale jakoś koło 2200 zaczęła się dziwna krzątanina na stojącej burta w burtę do Legii Lunie. Astrid zaczęła wyciągać z bakist piwo, jej załoga uzbroiła się w niemieckie flagi i dumnie powiewając kolorami Schwarz-Rot-Gold przemaszerowała na Rumbjarna. No tak, półfinał Euro.! Niemcy grają z Włochami, a u Estończyków jest telewizor... Nim odegrano hymny a sędzia odgwizdał początek meczu, wiedzieliśmy już, że mesa Rumbjarna pomieści dokładnie 15 osób (oczywiście tak, żeby widziały telewizor). Następna ósemka - góra dziesiątka - może siedzieć, kucać lub zwisać głową w dół w zejściówce. W zasadzie cała flotylla była zgodna - z sympatii dla Luny wszyscy kibicowaliśmy niemieckiej drużynie.
No... prawie wszyscy. Nasz Andrzej (ten z Legii) obwieszczał wszem i wobec, że życzy Niemcom sromotnej porażki. Z pewną wyniosłością ignorowaliśmy jego stwierdzenia - w końcu Andrzej dał się poznać jako ten, który wszystko robi inaczej. Po pierwszej połowie humory trochę oklapły, jednak jeśli ktoś gra do końca, to chyba Niemcy, prawda?? A potem Estończycy wyciągnęli na stół Vana Tallinn i jakoś lżej było patrzeć jak Włosi przechodzą do finału...

Piątkowa 0600 przyszła zdecydowanie zbyt szybko, ale flotylla karnie odpaliła silniki i wypłynęła z zatoki, opłynęła wyspę i po idealnie gładkiej tafli pojechaliśmy na południowy wschód, w kierunku ujścia Swiru. Jakoś pod wieczór mamy spotkać się tam z Niką, która przy niemal bezwietrznej pogodzie nie chciała tłuc się na Vaalam - i postanowiła poczekać na nas na południu Ładogi. Nika jest pięknym, klasycznym drewnianym jachtem regatowym o smukłych liniach, niziutkiej wolnej burcie i wspaniałych żaglach. Przy najlżejszym powiewie sunie jak marzenie! Ale coś za coś - silniczek ma mikry, i gdy tylko wiatr cichnie, bezradnie buja się na fali. Kapitan Niki, Wasilij, który niejedno regatowe trofeum w Rosji zgarnął, od lat marzył, żeby wybrać się do Archangielska. Sami nie daliby rady, ale we flotylli, gdy zawsze można liczyć na hol któregoś z silniejszych jachtów - to zupełnie co innego.!

Jakoś pod wieczór Piotr I podał hol na Nikę i ruszyliśmy w górę Swiru. To już druga rzeka na naszej trasie. Prąd jest chyba nieco słabszy niż na Newie, ruch statków - nieco mniejszy, no i woda niesie zdecydowanie mniej kłód drewna. W sobotę wczesnym rankiem przechodzimy pod podniesionym mostem kolejowym - te konstrukcje są po prostu fascynujące, a skoordynowanie naszej trasy tak, żeby nie czekać na otwarcie mostów okazuje się coraz większą sztuką.
W południe wszyscy zaczynają rozglądać się za jakimś postojem - to jak do tej pory nasz najdłuższy 'przelot'. Ale na razie przed nami Swirstroje - i pierwsza śluza.! Zwalniamy, praktycznie stajemy - musimy przepuścić wielki wycieczkowiec, który dogonił nas na rzece. On wejdzie do śluzy pierwszy, a my za nim - i razem przejedziemy tych kilka metrów w górę... Brzmi prosto, ale ile przy tym emocji.! Najpierw obserwujemy jak wielki kadłub wpływa do śluzy - dosłownie ocierając się o jej ściany. Widać wyraźnie, że statek był projektowany dokładnie pod jej wymiary. Teraz kolej na nas - Danił tłumaczy przez radio, jak mamy stanąć, jak zacumować, jak asekurować się gdy woda będzie się podnosić...
Teoria jedno, praktyka drugie. Niby śluza nie powinna różnić się za bardzo od tych w Kaledonii czy Ijmuide, ale tutaj jest jakoś - inaczej? Mocno czając się Maciek podprowadza Legię pod wielki hak w ścianie śluzy, zakładamy na niego jedną cumę w połowie długości jachtu, dokładamy odbijacze - i zastanawiamy się, co dalej? Pucki maja łatwiej - stają longside do Luny i Piotra I... Kiedy woda zaczyna się podnosić, wszystko staje się jasne: hak do którego cumujemy jest na stalowym pływaku, który porusza się góra-dół w betonowej wnęce - a my razem z nim. Kiedy po jakiejś pół godzinie otwierają się północne wrota śluzy już jesteśmy bardzo mądrzy i wszystko wiemy! Przede wszystkim to, że w następnej śluzie trzeba stanąć na dwóch szpringach, bo pojedynczą cumę prawie nam przetarło...

Ale następna śluza dopiero w niedzielę. Ledwie minęliśmy dwa czy trzy zakola Swiru, Piotr I prosi o przygotowanie kotwic do rzucenia. Przed nami Wierchnie Mandrogi - malowniczy i raczej ekskluzywny kurort nad rzeką, który dla turystów podróżujących wycieczkowcami udaje rosyjską wieś... Niestety publiczne nabrzeże zajął nasz wielki sąsiad ze śluzy i w zasadzie powinniśmy spędzić noc na kotwicy. Szkopuł w tym, że nie mamy pontonu... Na szczęście tuż za zakrętem jest stalowy ponton, przy którym można zatankować wodę. Jeśli można stanąć po wodę, można stanąć i na noc... I rzeczywiście, po niezbyt długich negocjacjach z zarządcą okazało się, że możemy zostać - a razem z nami większość flotylli.
Popołudnie minęło spokojnie - słoneczny dzień, rzeka, drobne zakupy zorganizowane przez Elenę... A potem okazało się, że to, że nie dosypiamy po nocach, to na pewno wina Estończyków.! Bo znów spędziliśmy wieczór na Rumbjarnie - Daniel z Operona nareszcie wyciągnął gitarę, zaczęły się polsko-rosyjsko-estońskie śpiewy, a nawet tańce ;)

A potem zaraz trzeba było wstać i płynąć dalej - plan na niedzielę przewidywał jeszcze jeden most i śluzę Wierchnoswirską. To śluzowanie odbyło się już bardzo sprawnie - w końcu doświadczenie czyni cuda ;) Ale i tak do Wozniesjenia dotarliśmy dopiero pod wieczór. Dotarliśmy, przycumowaliśmy - i zaraz musieliśmy odbijać: Danił wybrał dla naszej flotylli nową i bardzo solidna keję na wschodnim brzegu Swiru, tuż przed miejscem, gdzie rzeka wypływa z jeziora Onega. Niestety, ledwie zdążyliśmy założyć cumy na sztywno, zjawił się smutny pan i powiedział: Nie lzja.! I nie pomogło zasłanianie się dekretem premiera Miedwiediewa zezwalającego nam na żeglugę po tych wodach - nie lzja i już! Po jachtach błyskawicznie rozniosła się plotka, że to musi być pomost Putina, skoro premierowska pieczęć tu nie działa...
Następna próba - zardzewiała barka przycumowana w pobliżu nabrzeża promowego, też po wschodniej stronie - i znów porażka :( Z budy na rufie wylazł jakiś mużyk i równie stanowczo choć mniej kulturalnie niż ochroniarz na pomoście przepędził całą hałastrę - nie będą się tu po jego karablu pętać.!
Do trzech razy sztuka, przenosimy się na zachodni brzeg. Tutaj tez jest kawałek betonu, do którego można stanąć - jeśli się człowiek uprze. A że uparło się dziewięciu człowieków (w sensie - kapitanów) to jakoś przez 2100 staliśmy wszyscy ładnie powiązani w tratwy. Najwyższa pora - w końcu za niecałe półtorej godziny zacznie się finał Euro.!

02 lipca - poniedziałek

Finał Euro 2012 minął w zasadzie bez historii - przynajmniej z naszej perspektywy. Może dlatego, że nie było z nami an Włochów, ani Hiszpanów, czterobramkowe zwycięstwo nie zrobiło na nas większego wrażenia. Dużo większą sensacją okazały się litrowe.!! puszki piwa, które można było kupić w jedynym po tej stronie rzeki - i wciąż otwartym - sklepie. Bardzo również docenialiśmy wielką, blaszaną, półotwartą wiatę, zbudowaną po to, by przeganiane zwierzęta miały się gdzie schować w oczekiwaniu na prom. Późnym wieczorem krów nie było, koni nie było - więc mogliśmy rozstawić telewizor, przytaszczyć kilka pniaków do siedzenia - i nie przejmowaliśmy się wcale a wcale tym, że na zewnątrz właśnie zaczęło siąpić...
Przestało - nim Hiszpanie dostali swój puchar. Chmury się rozwiały i zrobił się naprawdę przyjemny wieczór, więc Elena wpadła na pomysł, że może wreszcie wypuścilibyśmy lampiony.! Najpierw mieliśmy wypuścić je w niebo w czasie crew party w Petersburgu - ale lunęło. Potem chcieliśmy, żeby poleciały w górę, kiedy będziemy płynąć pod mostami na Newie - ale znów pogoda była zbyt wilgotna. Również w Schliesselburgu jakoś... okoliczności nie sprzyjały. To może teraz - w końcu jeszcze parę minut na północ, i nocą będzie zbyt jasno, by lampiony wyglądały efektownie...
Wypuszczanie lampionów okazało się nie być takie proste: lampki nie chciały dać się zamocować na podkładkach, zapałki łamały się albo natychmiast gasły, zapalniczki odmawiały współpracy, lampiony nie chciały wypełniać się powietrzem i groziły spaleniem - same trudności.! Wreszcie po jakiś 15 minutach walki pierwszy lampion uniósł się w powietrze, po nim nieśmiało następny, i następny... Wyglądały pięknie, odlatywały na północ, ponad nadbrzeżną wieś, gdzieś nad Karelię. Wreszcie ostatni...
Ostatni miała wypuścić Elena - wystartował w górę, opadł, przeszorował po łące (jak to dobrze, że chwilę temu padało!) a potem poderwany wiatrem - zawisł na przewodach elektrycznych... Chyba wszyscy oczyma duszy zobaczyliśmy nagłówki w jutrzejszych gazetach: Pół Karelii bez prądu.! Nieodpowiedzialne wybryki żeglarzy doprowadziły do najpoważniejszej awarii sieci elektrycznej w regionie, straty liczone w milionach rubli.! Nim nieco rozszalała wyobraźnia podpowiedziała nam ile lat spędzimy w tiurmie za spowodowanie kilku pożarów i ogromnych strat - lampion spadł. Nie próbowaliśmy wypuszczać go ponownie. Ugaszony, posłużył za worek na opakowania po pozostałych 89 lampionach. Flotylla, na dobre syta emocji, po cichu zniknęła - spać.

Wcześnie rano - czyli jakoś koło 1000 trzeba było wybrać się na zakupy. Zapasy kupione w Petersburgu gigantyczne wydawały się tylko w momencie ształowania ich na jachcie. Teraz skurczyły się - istotnie. W dodatku w niedzielę okazało się, że nie wszyskto, co kryją nasze bakisty, jest jadalne... Jak wiadomo są tylko trzy pewne rzeczy w życiu marynarza: pora śniadania, obiadu i kolacji. Polscy ludzie morza uzupełniają tą stara maksymę o jeszcze jeden aksjomat: niedzielę poznaje się po tym, że na śniadanie jest jajecznica a na obiad - kurczak. Wyjątków nie ma - a już na pewno nie na jachcie, na którym kapitani Maciek... Więc Mirek przygotował rano jajecznicę (zawierała co prawda więcej pieczarek i cebuli niż jajek - ale smakowała naprawdę fajnie) a na obiad zaplanowana była jakiegoś rodzaju potrawka z puszkowanego kurczaka, którego spory zapas podróżował pod koją Agaty.
Po otwarciu puszek w kambuzie zapachniało nawet przyjemnie, więc mięsko ląduje na desce, nóż w dłoń - i tu coś się nie zgadza, bo nowiutkie ostrze (pokaleczyło się już chyba ze trzech nieszczęśników) jakoś podejrzanie zgrzyta... Bliższe przyjrzenie się zawartości puszki ujawnia: fragmenty kości udowej, solidny kawałki mostka i kręgosłupa, mnóstwo chrząstek, kawałki skóry, niezidentyfikowane podroby. Nie zidentyfikowano jedynie: piór, dziobu, pazurów - i mięsa. Mimo szczerych starań (i dużego samozaparcia) wachty kambuzowej nie dało się z tego przygotować nic jadalnego - i nawet Maciek stwierdził, że w tej sytuacji to on poprosi o jarską wersję obiadu...

Zmuszeni sytuacją udaliśmy się więc do najbliższego sklepu: W 'Magazinie z Produktami' w którym wczoraj wieczorem odkryliśmy litrowe puszki z piwem, poza Baltiką (3-, 7- i 9-procentową) był jeszcze chleb, trzy czy cztery kiełbasy (jakoś pomiędzy mortadelą a salami) i kilka smutnych pomidorów. Po sąsiedzku był jeszcze drugi sklepik, zaopatrzony podobnie, z tym że dostępne piwo to były 'Trzy niedźwiedzie' a rolę warzyw wypełniały żółtawe ogórki... Nie ma wyjścia, jeśli chcemy kupić coś na grilla i trochę 'prosiaczka' na następne obiady, musimy przeprawić się na druga stronę rzeki - a więc prom.!
Przez Wozniesjenje przebiega jedyna droga krajowa w tej okolicy. Nie ma tu mostu, jedynie raz na godzinę między dwoma brzegami kursuje prom. Zabiera samochody, autobusy rejsowe, betoniarki, krowy - i pieszych, którzy chcą dostać się z jednej części miejscowości do drugiej. Prom dymi, warczy, sapie - ale sprawnie przebija się przez nurt i cumuje przy drugim brzegu.

Schodzimy na ląd i rozglądamy się po okolicy: jedna asfaltowa droga, dwie szutrowe, pomalowany na zielono pawilon służący za sklep i kafie w jednym, kilka chałup i przystanek autobusowy - rejsowy autokar Petrozawodsk-Petersburg był z nami na promie i w tej chwili dookoła niego koncentruje się chyba całe(?) życie w tej miejscowości. Sklep przy promie zostawiamy sobie na potem, pytamy czy jest drugi? Jest i to duży, trzeba iść kawałek wzdłuż tej asfaltowej drogi...
I rzeczywiście, za dwoma zakrętami jest sklep, choć tutejsze pojęcie 'duży' chyba nie do końca zgadza się z naszym. Ale w środku prawie wszystko, czego nam trzeba: wekowane mięso, faszerowana papryka w puszkach, ogórki kiszone w plastikowych wiaderkach, i gotowe pielmieni - w sam raz na dzisiejszy obiad. jest nawet paczka 10 kiełbasek - trochę mało jak na grilla, ale od czegoś trzeba zacząć.! Ale najbardziej fascynująca jest kasa - a w zasadzie jej brak. Kasę fiskalną, zwykłą czy choćby kalkulator zastępują - liczydła.! Masywne drewniane korale w trzech drewnianych odcieniach nawleczone na druty w drewnianej ramie zajmują honorowe miejsce na ladzie, a pani po drugiej stronie posługuje się nimi w imponującym tempie...
Zadowoleni z zakupów wracamy do przystani promowej - w drugim sklepie dokupimy jeszcze warzywa (kapusta! jabłka.! marchewka.! pomidory! wszystko ładne, świeże i niedrogie) i sosiczki (troszkę jak nasze serdelki, ale nic innego nadającego się na grilla tu nie występuje) i zmachani siadamy w cieniu parasoli w oczekiwaniu na prom. Najwyższa pora, bo trzeba jeszcze zatankować (Danił krąży po okolicy pożyczonym od znajomego samochodem z przyczepką pełną flotyllowych kanistrów), a o 1600 wypływamy...