Szczególnie Polecamy

Archangielsk - Wyspy Sołowieckie - Kanał Bałtycko Białomorski - Onega - Ładoga - Sankt_Petersburg

Cena: 6000 PLN

Termin rejsu: 2018-08-02 - 2018-08-23

Sankt Petersburg - Liepaja - Gdańsk

Cena: 1800 PLN

Termin rejsu: 2018-08-23 - 2018-09-03

Najbliższe Rejsy

Kanał Białomorski i największe jeziora Europy

Archangielsk - Sankt_Petersburg

Cena: 6000 PLN

Termin rejsu: 2018-08-02 - 2018-08-23

Perły Północy

Sankt - Gdańsk

Cena: 1800 PLN

Termin rejsu: 2018-08-23 - 2018-09-03

XII Sekstantowe Andrzejki

Gdynia - Gdynia

Cena: 950 PLN

Termin rejsu: 2018-11-29 - 2018-12-02

Najbliższe Szkolenia

_NO_TRAINING

Relacje z Alaski

19 czerwca 2011

Spotkaliśmy się wcześnie rano na Okęciu. Lecimy do Amsterdamu , gdzie dołączają Benio i Tomek. Przed wejściem do samolotu do Seattle zaczyna się przepytywanie nas przez amerykańskie imigration. A po co? A dlaczego? A czy na pewno nie do roboty? Szybko zauważmy, że gdy mówimy że jesteśmy CREW to oni traktują nas jak zawodowe załogi statków.
Musimy mówić że jesteśmy TURISTS :) 10 godzinny lot minął całkiem sympatycznie. Trasa wiodła nad Islandią i Grenlandią. Ta druga uraczyła nas prawie bezchmurnym niebem i przepięknymi widokami ośnieżonych szczytów.
W końcu lądujemy w Stanach. Tutaj jest dopiero 11AM a nasz dzień wydaje się bardzo, bardzo długi. Części załogi udaje się przebukować lot do Juneau na najbliższy samolot. Reszta ma 8 godzin na zwiedzanie miasta.
Spacerujemy po centrum. Na lewo drapacze chmur, na prawo drapacze chmur. Fajne są. Zrobione z pomysłem, każdy w innym stylu. Nagle pomiędzy nimi dostrzegamy targowisko. W zadaszonym budynku ciągną się rzędy straganów z owocami morza, warzywami oraz kwiatami. Na większości pracują ludzie o indiańskich rysach twarzy. Wielkość krabów, krewetek i ryb pobudza apetyt. Znajdujemy nieduży bar i zamawiamy mieszankę owoców morza. Krewetki i kalmary są ogromne. Jak tak dalej pójdzie to będę musiał omijać je jachtem ;)

Miasto tak nam się spodobało, że spóźniliśmy się na lotnisko. Byliśmy na ostatnią chwilę. Tomkowi i Norbertowi już nie udało się nadać bagażu, a my biegiem wpadliśmy na pokład tuż przed odlotem. W hostelu w Juneau byliśmy po 29 godzinach od wylotu z Warszawy. Sił starczyło mi tylko by wdrapać się na piętrowe łóżko.
To był bardzo długi dzień...

20 czerwca 2011

Rano dotarły nasze zguby ze Seattle. Jesteśmy w końcu w komplecie. Jemy śniadanie i ruszamy na poszukiwania jachtu. Juneau to stolica stanu Alaska licząca AŻ 31 tysięcy ludzi. Do tego dochodzi kolejne kilka tysięcy turystów, którzy wylewają się z przypływających tu cruiserów. Miasto posiada oczywiście swoje Krupówki, gdzie turysta może kupić tonę shitowatych rzeczy z napisem ALASKA. Trzeba się stąd jak najszybciej wyrwać.
Spotykamy się z Jackiem i poprzednią załogą. Ustalamy wieczorek zapoznawczo integracyjny na 20 i już możemy uciekać poza miasto. Lokalnym autobusem jedziemy w stronę lodowca Mendenhall. Ostatnie półtorej mili pokonujemy pieszo. Niebo pokrywa gęsta kotara niskich chmur.
Mży.
Podobno to standardowa pogoda dla Alaski. Jeśli nie pada to tylko dlatego że albo właśnie kończyło, albo zaraz zacznie. Nad lodowcem wita nas jednak słońce przedzierające się pomiędzy chmur. Jego promienie licznie oświetlają góry lodowe płynące po jeziorze. W ruch idą aparaty, robimy zdjęcia gór lodowych i wodospadu. Jest ślicznie. Po powrocie do miasta planujemy jeszcze obejrzenie panoramy z okolicznego szczytu, na który można wjechać kolejką linową.
Niestety kolejka po bilety jest dłuższa niż trasa kolejki ;) Dlatego decydujemy się na pieszy spacer. Wieczorem wszyscy są już tak padnięci że prawie zapominamy o spotkaniu z poprzednią załogą. Docieramy z kilkuminutowym opóźnieniem, siadamy w knajpce, słuchamy opowieści gdzie byli i co widzieli.

21 czerwca 2011

Początek rejsu. Rano sprawnie przemieszczamy się z hostelu na jacht. Załoga udaje się na wielkie zakupy a ja rozmawiam z miejscowym rybakami. Udaje się wynegocjować zakup jednego małego łososia. Wypatroszony waży 15 funtów :) Po zatankowaniu wody, zaształowaniu jedzenia w końcu ruszamy. Dziwna ta żegluga. Mapy są w sążniach, znaki nawigacyjne na odwrót (IALA B). Za to jest słonecznie, pusto i bezludnie. Płyniemy w dzikie rejony i przez najbliższe kilka dni nie powinno być prawie cywilizacji.
Po dwóch godzinach dostrzegamy pierwszą fontannę wody. Przez lornetkę widać olbrzymiego humbaka. Potem następnego i jeszcze jednego. Płyniemy w ich kierunku. Zwierzęta w ogóle nie przejmują się naszą obecnością. Teraz możemy fotografować je całkiem z bliska. Wieczorne słońce powoli chowa się za wierzchołkami ośnieżonych gór, płyniemy przez dzicz, z lewej wieloryb, z prawej wieloryb, nuda ;)
Na kolację Adam z Benkiem serwują grillowanego łososia i lokalne piwko. Fajnie jest mieć jacht z grillem.

22 czerwca 2011

Zrywamy się wcześnie. Dobra pogoda na Alasce to rzadkość. Trzeba ją więc maksymalnie wykorzystać. Wpływamy w fiord Tracy Arm. Już przy wejściu spotkamy duże growlery i sporo bryłek drobnego lodu. Mamy szczęście że jest piękna pogoda i lód wspaniale mieni się w słońcu. Strome, kilkusetmetrowe ściany fiordu wiodą nad krętą drogą do czoła lodowca. Lodu coraz więcej. W tej wspaniałej scenerii siadamy do obiadu na Świerzym powietrzu.
Dziś dla odmiany pieczony łosoś z ziemniakami i pomarańczą.
Po lewej bryłki lodu, po prawej bryłki lodu, na górze słońce, nuda ;) Na kilka kilometrów przed czołem lodowca lód gęstnieje. Stawiamy jacht w dryfie i wodujemy ponton. Tak będzie łatwiej dotrzeć w pobliże lodowca.
Pierwsza grupa płynie pontonem a druga wybiera lód. Po krótkiej selekcji znajdujemy taki co zawiera dużo pęcherzyków powietrza. Teraz trzeba znaleźć coś, by ten lód nie obijał się w kieliszkach ;) W pobliżu czoła lodowca na krach wygrzewają się na słońcu foki wraz z młodymi. Cudowny widok. Gdy tylko wyczują naszą obecność, trącają nosem młode i wspólnie uciekają do wody. Płyniemy tak zygzakiem pomiędzy lodem. Z lewej foki, z prawej foki, nuda ;) , czas wracać na jacht.

23 czerwca 2011

Po nocnej żegludze docieramy do jednej z zewnętrznych wysp Alaski. Przed nami wyspa Baranowa. Słynie ona z tego że zamieszkują ją niedźwiedzie. Średnio 1,5 misia na milę kwadratową. Planujemy dotrzeć do ciepłych źródeł, lecz układ wiatru i prądów zmienia troszeczkę nasze plany. Śniadanie na Świerzym powietrzu, jacht powoli sunący pod pełnymi żaglami. Na lewo pustka, na prawo pustka, nuda ;) Po śniadaniu wchodzimy do zatoki Red Bluff. Wejście jest ciasne i dosyć płytkie. Płyniemy powoli. I nagle słychać świst wydychanego powietrza i jakieś 100 metrów od nas pomiędzy wysepkami wystrzeliwuje fontanna wody. Za nią wyłania się grzbiet wieloryba.
Po raz pierwszy w życiu widziałem wieloryba w zamkniętej zatoce. Zawsze oglądaliśmy je na otwartej przestrzeni. Postanawiamy nie płoszyć go i żeglujemy dalej.
Asia z lornetką wypatruje misia. No bo przecież Alaska bez misia?? Za zakrętem zatoki podziwiamy piękny wodospad. Nie jest bardzo szeroki ale jego kaskady ciekawie skręcają po górskim zboczu. Naprawdę przyjemny widok. Na koniec postanawiamy jeszcze zajrzeć na koniec zatoki. Tam na plaży tuż obok strumienia czeka na nas gospodarz.
Jego brązowe cielsko wygląda naprawdę imponująco. Niestety nie udaje nam się podpłynąć bardzo blisko. Misia płoszy grupa kajakarzy, którzy pojawili się nie wiadomo skąd. Zobaczyliśmy jak staje na tylnych nogach, ruszy, a potem wraca do swojego lasu. Gdy kajakarze odpłynęli misio wrócił nad swój strumień. Szkoda że nie możemy podpłynąć bliżej.
Po południu prądy zmieniają kierunek i możemy popłynąć w końcu do gorących źródeł. Cumujemy przy pływającej keji i uzbrojeni w ręczniki wędrujemy w las. Tuż obok huczącego lodowatego wodospadu wypływają spod ziemi gorące źródła. Ich woda wlewa się do dwóch basenów wykutych w skale. Można zanurzyć się w gorącej lekko siarkowej wodzie. Tuż obok jest odnoga zimnego strumienia, w której można się schłodzić. Jest pięknie cicho i spokojnie. Oprócz nas nie ma nikogo. Słychać tylko łomot wodospadu. Wracamy na jacht i tu dociera do nas informacja o trzęsieniu ziemi na północnym Pacyfiku, niedaleko wybrzeży Alaski. Fala tsunami ma dotrzeć do nas za 24-30 godzin. Trzeba więc spadać stąd pod osłonę dalszych wysp :)
Po drodze odbieramy kolejny komunikat, informujący że fala nie będzie duża i nie ma żadnego niebezpieczeństwa. Za to pogoda zaczyna się psuć. Po trzech dniach słońca, niebo pokrywa gruba warstwa niskich szarych chmur. Bez przerwy siąpi deszcz. Cóż, w końcu pogoda na Alasce wróciła do normy. Jak dobrze że mamy komfortowy jacht z ogrzewaniem.

24 czerwca 2011


W nocy była mgła, teraz siąpi deszcz. Chmury wiszą tuż nad topem masztu. Hania z Tomkiem przygotowują steki na obiad a ja spisuje relację. Za kilka godzin będziemy w Petersburgu i może uda się ją wysłać.

24 czerwca 2011


Petersburg. Rybackie miasteczko wyglądające jak to z przystanku Alaska. Jedna główna ulica prowadząca do nikąd, niska zabudowa. Wszyscy chodzą w brązowych kaloszach (od wielu lat podobno najlepsze Alaskańskie buty na każde warunki) i flanelowych koszulach. Deszcz zupełnie im nie przeszkadza. W ich skali to pewnie nie deszcz lecz po prostu skraplająca się mgła.
Po mieście jeżdżą prawie same pickupy. Wielkie potężne i poruszające się z zawrotna prędkością 15mil na godzinę. Do tego z 4 sklepy i dwie knajpy. Ot cały Petersburg. Za to port jest imponujący. Stoi w nim kilkaset mniejszych lub większych łodzi rybackich. Po porcie pływa uchatka, na masztach statków i na słupach siedzą potężne orły. To pewnie dlatego nie ma tu ani jednej mewy. Przed wejściem do portu mielimy okazję zobaczyć jak działa automatyczna pława dzwonowa. Na boji wiesza się dzwon a następnie wskakuje uchatka i dla zabawy trąca go co jakiś czas nosem.

25 czerwca 2011

Wychodzimy wcześnie rano przed nami wąski i długi na ponad 20 mil przesmyk Wrangell Narrows. Występują tu spore prądy wiec trzeba się dobrze wpasować tak by przepłynąć go z prądem. Jest to o tyle utrudnione że w trakcie przypływu woda wpływa z obydwu stron kanału. Wyruszamy półtora godziny przed HW. Prąd pcha nas do jednej trzeciej kanału. Tam musimy chwilkę poczekać na wysoką wodę, a później prąd odpływu wyciąga nas dalej. Za kanałem czas na decyzję. Dokąd płyniemy dalej.
Postanawiamy nie wpływać do Wrangell (nie przyjechaliśmy tu dla cywilizacji) i popłynąć mało uczęszczanym przejściem Snow Passage.
Cóż, decyzja okazała się ... Zresztą posłuchajcie. Najpierw był pojedyńczy samotny wieloryb. Później pojawiły się orki. Małe stado i bardzo płochliwe. Nie pozwoliły nam się za bardzo zbliżyć. Po orkach regularnie pojawiały się wieloryby. To z lewej, to z prawej, nuda ;) Na deser przy wyjściu z cieśniny znaleźliśmy wysepkę, na której wylegiwały się uchatki.
Tak więc cieśnina tętniła życiem. Może właśnie dlatego, że nie zawijają tu olbrzymie cruisery. Postanowiliśmy płynąć wprost do ostatniego miasta Alaski - Ketchiken. GPS pokazuje, że dotrzemy tam na 4 rano. Bez sensu! To może by tak znaleźć zatokę ze strumieniem i poszukać niedźwiedzi. O 19 kotwica mocno wbiła się w piaszczyste ujście strumienia. Wodujemy ponton i pierwsza grupa uzbrojona w dłuuuugie obiektywy wyrusza na poszukiwania. Płyniemy w górę strumienia. Nagle okazuje się, że prąd robi się coraz silniejszy, ale o dziwo wciąga nas coraz bardziej w głąb. Pojawiają się pierwsze bystrza i wiry. Decydujemy dobić do brzegu i dalej pójść pieszo. Poruszamy się brzegiem. W pewnym momencie dostrzegam wydeptaną trawę.
Jakieś zwierze leżało tu dziś i obserwowało strumień. Wielkością pasuje na misia. Benio w tym samym czasie dokonuje kolejnego odkrycia. Pod drzewem leży wielka... kupa. Komisyjnie stwierdziliśmy że może być misiowa. To troszkę ostudziło nasz zapał. Wracamy. W trakcie gdy płynęliśmy już z powrotem na jacht spotkaliśmy dwóch miejscowych. Powiedzieli że widzieli misia na plaży nad jeziorem.
Uzgadniamy, że zabiorą oni resztę naszej załogi z jachtu i pokażą nam drogę poprzez bystrza. To była naprawdę pasjonująca jazda. Ken wprawnie omija podwodne kamienie, płycizny i pola wodorostów. Ja próbuję nadążyć za nim. Większość przeszkód jest niewidoczna, lecz Ken zna je na pamięć bo mieszka tu od 20 lat. Teraz tuż przed wysoką wodą głębokość strumienia to prawie 4 metry. Na odpływie strumień wyschnie prawie całkowicie. Za strumieniem pojawia się jezioro, a za nim kolejny strumień. Płyniemy z czepieni burtami i rozmawiamy. Niedźwiedzia ani śladu. Widocznie jest już za późno. Ken dziwi się strasznie, że podróżujemy przez Alaskę i że mamy tylko 2 tygodnie. Namawia byśmy zostali tu na wyspie na kilka dni, połowili ryby i kraby. Mówi, że wtedy na pewno zobaczymy niedźwiedzie. Na koniec pyta czy mamy na jachcie klatki na kraby i wędki. Nie może uwierzyć, że nie łowimy. Na jacht wróciliśmy około północy. Na koniec dostaliśmy 6 dużych krabów, pokaz jak się je rozbija i przepis jak je ugotować. Napiszę tylko że były wyśmienite :)

26 czerwca 2011

Po nocnym przelocie, około południa dopływamy do cywilizacji. Przed nami Ketchiken. Duże, ruchliwe centrum turystyczne. Cały transport odbywa się tu wodnosamolotami. Co chwila który z nich startuje lub laduje. Do tego olbrzymie 10-piętrowe cruisery, przywożące stada turystów.
Jakoś wcale nie podoba nam się ta cywilizacja, lecz musimy zatankować disla i zrobić odprawę graniczną. No i się zaczęło. Najpierw stoimy w kolejce po paliwo. Gdy już obydwa nasze zbiorniki są pełne, wpływamy do mariny. Wydaje się, że już prawie wszystko załatwione. Tylko grzecznościowy telefon do Customsów, umówienie się na odprawę jutro rano i można pójść oglądać miasto.
No właśnie telefon. Rozmowa z celnikiem trwała ponad godzinę (wszystko oczywśicie na roamingu). Najpierw nie zgadzało mu się nazwisko kapitana, potem poprosił bym chwilę poczekał na linii a on zadzwoni do firmy czarterowej w Kanadzie. Na koniec oświadczył że prosi o podanie danych jachtu oraz danych WSZYSTKICH załogantów. No i zaczęło się spelowanie imion, nazwisk, dat urodzenia, nr paszportów, ważności wiz, ważności paszportów. Na koniec miły pan oznajmił, że teraz wklepie to do komputera a potem przyjdzie do nas na jacht. A my mamy czekać. Cóż był to chyba najdroższy telefon w moim życiu. Dzięki Bogu dalsza część procedury była już dość szybka i nie zajęła więcej niż godzinę. W końcu mogliśmy przejść się po Ketchiken, obejrzeć domy na palach, totemy. "Ciekawie" ubrane panie zachęcały to obejrzenia pierwszego na świecie muzeum burdelu.
No tak gdzieś trzeba było wydać to wydobyte złoto :) Nikt z załogi nie dał się jednak namówić na wizytę. Na koniec dnia kolejna proceduralna niespodzianka. Biuro harbour mastera jest na drugim końcu miasta i Adama czeka rano kilkukilometrowy spacer by zapłacić za postój.

27 czerwca 2011

Wieczorem ustaliliśmy że płyniemy do Kanady. Jednak poranek wita nas przepięknym słońcem i prawie bezchmurnym niebem. Takiej pogody nie można nie wykorzystać.
Zmieniamy więc plany i wpływamy do Parku Narodowego Misty Fiords. Mgliste Fiordy zazwyczaj skryte w gęstej warstwie nisko zawieszonych chmur nam prezentują się w pełnej okazałości. Korzystamy z opowieści poprzedniej załogi i wpływamy dokładnie w ten fiord, który oni oglądali z samolotu. Jest bosko. Totalna sielanka, obiad w kokpicie i cudne skaliste ściany fiordów. Nad głowami krążą nam orły, a Adam śpiewa szanty. Oglądamy jak orzeł w locie łowi ryby. Nocą wracamy bo czas zaczyna nas gonić. Przed nami cała kanadyjska część Inside Passage.

28 czerwca 2011

Wczesnym popołudniem dopływamy do Prince Rupert. Tu ponownie dopada nas biurokracja. Po raz kolejny dyktuję pani celniczce przez telefon całą listę załogi wraz z nr paszportów. Strasznie drogo wychodzą te odprawy graniczne, ale oni już tak mają, że zbierają wszystkie dane przez telefon siedząc sobie w ciepłym biurze. Później czekamy na przyjście celników i podstęplowanie paszportów. Przychodzą oczywiście dokładnie w momencie gdy kładziemy steki na grillu. Dzięki temu odprawa przebiega szybko, bo panowie nie chcą przeszkadzać w obiedzie. Na zewnątrz siąpi deszcz. Obiad ciągnie się leniwie. Jakoś nie za bardzo chce nam się ruszyć z jachtu. W końcu wybieramy się na spacer do centrum ale miasteczko okazuje się średnio - brzydkie. Postanawiamy wypłynąć o 4 rano.

29 czerwca 2011

Tubylcy mówią, że na Alasce są trzy typy pogody. "Shity weather", "Shity shity weather" and "Shity shity shity weather" :)
My dzisiejszą komisyjnie oceniliśmy na 2,5 shita. Od rana pada, do tego jest mgliście. Płyniemy wąskimi kanałami Kolumbii Brytyjskiej. Totalna pustka, prawdziwa dziewicza Kanada. Tylko że ta wilgoć w powietrzu skutecznie zniechęca do wszystkiego. Dobrze, że w środku webasto daje miłe ciepełko :)
Właśnie wpłynęliśmy do ślicznej zatoki "Love Inlet", ale znów zaczęło mocniej lać więc robimy tylko tuzin zdjęć wodospadu i ruszamy dalej. Przed nami wioska indiańska Hartle Bay.

Jak żyją dzisiejsi Indianie? Hmmm ciekawie. Wioska w całości zbudowana jest na palach. Nie ma klasycznych dróg, tylko drewniane pomosty łączące budynki. Po tych pomostach mieszkańcy jeżdżą quadami a dzieciaki skuterami. Cała osada liczy może ze 30 domów ale jest już miejsce (przygotowane pale i doprowadzone kładki) pod budowę kolejnych kilku. Domy są klasyczne, amerykańskie czyli z sidingu. Cały teren otoczony jest dziewiczym kanadyjskim lasem. Nie ma żadnej drogi dojazdowej.
Transport odbywa się wodą. Jest też awaryjne lądowisko dla helikoptera. (to jedyny kawałek asfaltu w osadzie - kwadrat 4 na 4 metry) Ludzie są bardzo mili i uśmiechnięci. Mają charakterystyczne indiańskie rysy twarzy. Przed głównym budynkiem stoją dwa totemy symbolizujące historię wsi i tyle. Poza tym normalne zadupie gdzieś na końcu świata. Gdzie nadbrzeżne góry uniemożliwiają jakikolwiek transport lądem.

Po krótkim postoju płyniemy dalej by przed zmrokiem dotrzeć do kolejnych gorących źródeł.
Towarzyszy nam na przemian deszcz i mgła. Gdy nie ma mgły to stawiamy genuę i suniemy z prędkością ponad 8 węzłów. Niestety za chwilę opłyniemy wyspę i korzystny prąd i wiatr przestaną nam pomagać. Troszkę się spóźniliśmy więc cumujemy troszkę po omacku. Ciężko dostawić 50 stopowy jacht w tratwę do niespełna 9 metrowej motorówki. Manewru nie ułatwiają także strugi wody lejące się z nieba.

30 czerwca 2011

Gdy rano otwieram oczy to słyszę że wciąż pada. Cały czas równo i nieubłaganie. Zabieram ręcznik,japonki i sztormiak. W końcu przypłynęliśmy tu na gorące źródła. Jako, że klimat lasu deszczowego jest taki a nie inny, źródła zostały przykryte daszkiem. Zanurzam ciało w przyjemnej ciepłej wodzie. Fajnie tak siedzieć w ciepełku z widokiem na jacht i fiord. Przychodzi jakiś facet z małym synkiem. Zaczynamy rozmowę. Najpierw standardowo. Skąd? Dokąd? Czemu jachtem? Później schodzimy na temat pogody. Gdy skarżę się, że jest Shity Weather on odpowiada. "CO ty wiesz o shity weather?? Ja mieszkam tu z żoną i trójką dzieci pod namiotem" No fakt. Miał rację. Nasz jacht jest duży przestronny, ogrzewany i suchy. Patrzę na zegarek. Już 9 czas ruszać. Przed nami jeszcze kilkaset mil kanałów a deszcz chyba wcale nie ma zamiaru przestać padać.

Suniemy tak w deszczu przez kolejne 10 godzin. Na gpsie rośnie ilość przebytych mil a równocześnie wskazówka poziomu paliwa przesuwa się coraz niżej i niżej. Czas nakarmić naszą dziewczynkę. Decydujemy stanąć w Klemtu, kolejnej wiosce indiańskiej. Wyglądała bardzo typowo. Brzydkie amerykańskie domy z sidingu. Na każdym na werandzie jakieś małe malowidło indiańskie. Coś jak tabliczka z nazwiskiem. Za osadą duży ładnie odmalowany rytualny dom spotkań. Był nawet sklep (w Hartle Bay nie było żadnego). Sklep mieścił się w piwnicy budynku. Niektórzy z nas mają większe garaże ;)
W środku 3 metalowe regały wypełnione wszystkim i niczym. Udaje mi się w tym całym bajzlu wypatrzeć flagę British Columbii :) Po krótkiej naradzie, dwie Indianki ustalają cenę i flaga powędruje pod saling naszego jachtu. Kolejna perełka do mojej kolekcji. Aaaa. Zapomniałem dodać że cała osada tonie w deszczu, który cały czas równomiernie leje. To dopiero druga doba deszczu a już mamy dosyć. Tubylcy chodzą w kaloszach, ale kapturów już nie zakładają. Dla nich to pewnie jeszcze nie deszcz ;)
Teraz najważniejsze. Trzeba zatankować. Po pół godzinie znalazłem gościa ze stacji. Siedział sobie w biurze i coś zawzięcie liczył. Zaczynamy negocjacje odnośnie tego kiedy uda się zatankować jacht. Na dzień dobry słyszę, że dopiero jutro i to pewnie po południu. Kurde. Nie mamy tyle czasu. Próbuje na litość. Tłumaczę, że my z Polska. My płynąć z Alaska i musieć być w Vancouver za 3 dni. On też zaczyna mi coś tłumaczyć. Ale to co mówi to nie jest angielski. Trąci jakby francuskim. Cholera wie co to za dialekt, ale jedno jest pewne. Nie zbliża mnie to ani na krok to napełnienia zbiorników. Postanowiłem nie ustępować. Tłumaczę raz jeszcze. On też. W końcu załapałem!! Jest koniec miesiąca, a on robi zestawienie i już nic nie może zmienić. Pokazuje stos kilkunastu rachunków i druk na który je wpisuje. I właśnie dlatego NIE DA SIE! Dobrze że to rejs niekomercyjny. Po kolejnych 10 minutach umawiam się z nim, że zatankuje nas, my zapłacimy gotówką a on jutro wystawi sobie kwit na nowy miesiąc. Ufff! Udało się. Co prawda rachunek wypisany na skrawku papieru zawierał jakieś nie zrozumiałe 12% podatku od nie wiadomo czego, ale grunt że mamy paliwo. Wystarczy aż do końca.

01 lipca 2011

Żeglowaliśmy całą noc w deszczu, żeglowaliśmy cały poranek. Pogoda doszła do 3 shitów. Stwierdziliśmy to komisyjnie, gdy nieprzemakalny materiał bimini zaczął przemakać po 3 dobie deszczu non stop. Do tego meteo zapowiada wiatry ok 30 węzłów. Oczywiście w mor... (znaczy od strony dziobu). Musimy gdzieś stanąć i przeczekać tą niepogodę. Stajemy w Namu. To opuszczona osada. W latach 60 i 70 mieszkało tu na stałe kilkaset osób pracujących w dużej puszkarni ryb i owoców morza. Gdy wynaleziono nowe techniki przechowywania, fabryka upadła a wioska stopniowo się wyludniła. Część pomostów, domów i hangarów się zapadła, reszta stoi pusta i zaniedbana. Są pozostałości sklepu z gazetami sprzed kilkudziesięciu lat. Stoi też stary opuszczony kuter. W tej chwili w Namu mieszkają 3 osoby. Odnowiły jeden hangar, zbudowały sobie nowy domek (na tratwie z pni drzew). Jest też keja gościnna z zadaszonym miejscem na grilla.
Wszędzie pełno jest pamiątek w postaci kręgów wieloryba czy muszli. Stworzono nawet sklepik z pamiątkami, gdzie za pokaźny stos dolców można nabyć np oryginalną butelkę po coca-coli, która przeleżała w morzu kilkadziesiąt lat i obrosły ją pąkle. Uwagę zwraca także instrukcja obsługi biura harbour mastera. "Zapukaj, zawołaj, zagwiżdż, wyj, pros, żebrz. Jeśli nikt nie odpowiada - odejdź" Podobnie jest z godzinami pracy: "Zazwyczaj otwieramy o 9, ale są też dni że wstajemy o 6. W niektóre nie ma nas wcale" :) Co ludzie robią w takiej głuszy?? Żyją sobie prosto i spokojnie. Podobno dwójka z nich to pisarze. Do miasta płyną raz w roku po DUŻE zakupy, a tak zazwyczaj siedzą sobie tu i opiekują się tym pustym zakątkiem.

Wieczorem wiatr uspokaja się więc ruszamy dalej. Przed nami wyjście na otwarty Pacyfik a potem kanały wokół wyspy Vancouver z prądami, których nie sposób zlekceważyć.

02 lipca 2011

Kolejny dzień jak co dzień. My żeglujemy kanałami, z nieba leje się niekończący się wodospad wody. Czasem przestaje padać i wtedy tylko mgła się skrapla. Musimy gdzieś przeczekać niekorzystne prądy. Fajnie byłoby też odnowić zapasy jachtowe. Decydujemy się na postój na wyspie Alert Bay. Kolejna osada z indiańskimi motywami. Chyba tylko Indianie mieszkają w tej dzikiej krainie odciętej od świata górami i oceanem.
Kolejne totemy, chociaż tym razem malowniczo ustawione na lokalnym cmentarzu. I deszcz. Kolejny deszcz. Chociaż może nie. Może to tylko niskie chmury i skraplająca się mgła. Okazuje się że do zamknięcia sklepu mamy 15 minut. Szybki podział kto biegnie po mięso a kto po piwo. (bo alkohol ma swoje specjalne sklepy,troszkę jak w Skandynawii) Potem szukamy jakiegoś baru. Knajpy były trzy. Pierwsza zamknięta, druga opuszczona. Do tego trzecia położona obok zamkniętej pizzerni. Dla odmiany także zamknięta. Nie ma tu co robić więc po kolacji ruszamy dalej w kanały.

03 lipca 2011

Świt wita nas przebijającymi przez dziury w chmurach promieniami słońca. Magiczne uczucie. Od tygodnia nie widzieliśmy ani skrawka czystego nieba. Była tylko szaro granatowa powłoka chmur, mgła i deszcz. Teraz rozpogadza się. Około południa niebo jest już prawie bezchmurne. Idealna pogoda na zakończenie rejsu. Przed nami jeszcze ostatnie wyzwanie. Kilkadziesiąt mil kanałów z prądami 4-6 węzłów. Z prądem lecimy jak strzała, potem przez kilka godzin stoimy prawie w miejscu. Silnik pracuje na wysokich obrotach, wiatr od rufy wypełnia genuę. Kadłub rozcina głęboki i długi kilwater, a na GPSie prędkość 1,9 węzła. Szał normalnie szał. Dzielnie walczymy o każda milę bo przed nami Seymour Narrows. Cieśnina gdzie prądy dochodzą do 15 węzłów. A my mamy akurat pływ syzygijny :) W końcu dopływamy do zwężenia. Wygląda nie pozornie. Tylko te zmarszczki i wiry na wodzie zwiastują zabawę jaka nas czeka. Wpływamy. Prędkość 7; 8; 9; 10 węzłów. Rekordowo było 10,3. A przecież byliśmy zgodnie z sugestiami locji. Dokładnie na slacku, czyli wtedy gdy prąd zmienia kierunek i jest najsłabszy. Przy wyjściu z cieśniny pojawiają się wiry. Hania walczy dzielnie ze sterem by utrzymać jacht na odpowiednim kursie. W końcu wypływamy na szerszą wodę. JEST! ZROBILISMY TO! Przepłynęliśmy bezpiecznie całe INSIDE PASSAGE od Alaski aż do zatoki Vancouver. Dopiero teraz mogę poczuć, że jestem na wakacjach.
Już nie trzeba się spieszyć, liczyć pływów i prądów... Teraz już tylko 70 mil plażowej żeglugi w pięknym słońcu. Odstawiamy silnik i stawimy genuę. Wieje bardzo delikatny wiatr lecz jacht pchany silnym prądem dalej sunie ponad 7 węzłów. Gdy wiatr ustaje coraz trudniej utrzymać kurs. W końcu przestajemy próbować płynąć prosto. Jacht ustawia się bokiem, lecz dalej płynie z prędkością 7 węzłów do celu. Postanawiamy przetestować jak wychodzi pływanie tyłem:) Jeden ruch kołem i ustawiamy się rufą do kierunku jazdy. Prędkość z GPSa wynosi minus 7 węzłów. Nagle pada pytanie Jaką masz wolność? Chyba szybkość? - dziwi się Benio Nie, szybkość jest wtedy gdy się płynie do przodu. Jak się żegluje bokiem to jest wolność ;)

Przez resztę dnia, żeglowaliśmy sobie radośnie, Tomek z Norbertem przyrządzili znakomite półkrwiste steki na obiad. W końcu jesteśmy w Ameryce.
Wieczorem znaleźliśmy osłoniętą malowniczą marinę pomiędzy dwoma wyspami. Jej wielką zaletą były stoły piknikowe. Mogliśmy zjeść kolację na świeżym powietrzu oglądając zachód słońca. Było pięknie, cicho, spokojnie i co najważniejsze nie padało.

04 lipca 2011

Ostatni dzień rejsu rozpoczęliśmy uroczystym śniadaniem na pomoście. Był niebieski obrus i jajecznica na boczku. Pod salingiem wieszamy flagi Stanów Zjednoczonych, Alaski oraz Kolumbii Brytyjskiej. Niesieni prądem rozpoczynamy ostatni już etap podróży do Nanaimo..

05 lipca 2011

Wczoraj nie było czasu by wiele pisać, trzeba było zatankować jacht, posprzątać oraz przestawić się na tryb miastowy. Golenie się po ponad 2 tygodniach w dziczy zajmuje dłuższą chwilę. Efekt tego był taki, że spóźniliśmy się do marinowego baru. Gdy już w końcu zasiedlimy na pożegnalnym piwie, barmanka z uśmiechem powiedziała, że za kwadrans zamykają :(

Rano bardzo sprawnie oddajemy jacht. Teraz pora na pożegnania. Asia z Michałem oraz Tomek muszą wracać do Polski. Będzie ich brakowało w naszej wesołej kompanii. My, w okrojonym 6 osobowym składzie ruszamy na podbój Kanady.. Dziewczyny z firmy czarterowej podwożą nas na terminal wodnosamolotów. Podczas boardingu padają pytania o naszą wagę. Ważą też bagaż główny i podręczny. Samolot zabiera tylko 12 osób. Śmiejemy się, że jeśli Hania zaniżyła swoją wagę to nie oderwiemy się od wody ;) O tym,że faceci powciągali brzuszki i każdy twierdził, że jest bardzo szczupły pisać nie będę :P
Wsiadamy do samolotu, uśmiechnięty pilot proponuje by jedna osoba siedziała koło niego w kabinie. Totalny luz. Kilka słów o bezpieczeństwie, kamizelkach pasach,etc. Później chłopaki oddają cumy i ruszamy. Fenomenalne uczucie gdy przez okno startującego samolotu widzisz mijający Cię jacht. Samolot przyspiesza i lekko odrywa się od wody. Leci nisko więc możemy podziwiać widoki okolic Vancouwer. Po 20 minutach lądujemy na rzece w Richmond. Po zacumowaniu załoga zaczyna wyjmować nasze bagaże. Większość z nich leciała w pływakach. Fajny ten lokalny transport. Po wyjściu przed keje wodnosamolotów okazuje się, że firma ma bezpłatnego busa, który przewozi pasażerów na terminal lotniska. Zostaliśmy wysadzeni dokładnie przed firmami wynajmującymi samochody. Tam czekała nas kolejna niespodzianka. Pracownik wypożyczalni oświadczył, że zamiast Toyoty Camry ma dla nas Forda Fusion. Ej przecież to małe auto. Małe? Chyba u Was w Europie! Nasze Fordy Fusion są nieco inne. I faktycznie okazało się, że to duży samochód z silnikiem 2,4 no i automatem. Tu nie spotkasz innych. Druga trójka dostała Camry. Autka faktycznie są tych samych gabarytów. Przed nami tysiąc kilometrów drogi przez góry skaliste. No to w drogę..