Szczególnie Polecamy

Gdynia - Liepaja/Kalmar/Bornholm/Karlskrona - Gdynia

Cena: 899 PLN

Termin rejsu: 2017-11-30 - 2017-12-03

Gdynia - Liepaja/Kalmar/Bornholm/Karlskrona - Gdynia

Cena: 899 PLN

Termin rejsu: 2017-12-07 - 2017-12-10

Najbliższe Rejsy

XI Sekstantowe Andrzejki

Gdynia - Gdynia

Cena: 899 PLN

Termin rejsu: 2017-11-30 - 2017-12-03

XI Sekstantowe Mikołajki

Gdynia - Gdynia

Cena: 899 PLN

Termin rejsu: 2017-12-07 - 2017-12-10

Białe Noce w Petersburgu

Gdańsk - Petersburg

Cena: 0 PLN

Termin rejsu: 2018-07-02 - 2018-07-16

Najbliższe Szkolenia

_NO_TRAINING

Referencje

Adam Skrypin Chciałbym tą drogą serdeczne podziękować Wszystkim tym, dzięki którym udało mi się przeżyć krótką, ale wspaniałą przygodę z morzem.
Na wrześniowy rejs Zawiszą Czarnym zapisałem się całkiem przypadkiem dzięki namowie mojej koleżanki Kajki. Mam 47 lat i nigdy nie płynąłem żadną żaglówką, czy jachtem po żadnym akwenie. A co dopiero wyprawa tak znanym wszystkim jachtem po morzu.
Początkowo traktowałem to jako zabawę nie zdając sobie sprawy w co się pakuję. Im bliżej terminu rejsu, tym większe obawy, co ja „wiekowy już szczur lądowy” robię. Okazało się, że jak tylko wypłynęliśmy w morze, z każdą milą morską zaczynało mi się to coraz bardziej podobać. Spartańskie warunki noclegowe w niczym nie przeszkadzały, podobnie jak kilkukrotne „dokarmianie za burtą dorszy”, w czasie gdy troszkę mocniej zaczęło bujać.
Chciałbym tu bardzo podziękować całej stałej załodze jachtu, dzięki której mogłem przeżyć te wspaniałe chwile. W czasie trwania rejsu, mogłem poznać prawie każdy zakątek jachtu oraz zwyczaje, począwszy od wacht w czasie których aktywnie miałem okazję brać udział we wszystkich pracach, po pielęgnowanie tradycji przez pana Kapitana. Wciąganie żagli, klar na pokładzie, prace w kambuzie czy sterowanie tego pięknego Żaglowca, sprawiło mi tyle frajdy, że postanowiłem jeszcze raz wypłynąć z Wami w rejs.
To wspaniale, że właśnie Wasze biuro organizuje dla ludzi takich jak ja, czyli bez żadnego doświadczenia, właśnie takie rejsy. Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze nie jeden raz popłynąć pod dowództwem kapitana Macieja Sodkiewicza w niejeden rejs.
Jeszcze raz dziękuję i serdecznie pozdrawiam.



Witold Sobkowicz Prawdę powiedziawszy żaglowce podziwiałem z daleka. Są piękne ale nie ciągnęło mnie na ich pokład.
Ponieważ miałem już staż na kojota nadszedł czas wypływania wymaganych godzin na żaglowcu. Właśnie ten banalny powód skłonił mnie rejsu żaglowcem i …… świetnie, że do tego doszło, zobaczyłem inne jakże piękne oblicze żeglarstwa. Pływam na morzu od 1967 roku, więc co nieco już widziałem i przeżyłem ale każda godzina na Zawiszy przekonywała mnie do takiego żeglowania. Zwłaszcza relacje w załodze, atmosfera w kubryku, i specyficzna atmosfera żaglowca. Wieczorne szanty, życzliwe uśmiechnięte twarze. W tym krótkim rejsie zachodziły przemiany w moim rozumowaniu.
Z pewnością na tą atmosferę i nastrój miała wpływ załoga zawodowa. Wszyscy – w moim przekonaniu – sprawili, że z pewnością moja przygoda z Zawiszą Czarnym się nie zakończyła.
Podziękowanie dla Kapitana Maćka Sodkiewicza, który umie doskonale budować relacje w załodze i podtrzymywać tradycje. Dzięki za WSPANIAŁE poczucie humoru chiefa Bruna, niezwykle sympatyczne podejście i cierpliwość bosmana i Panom mechanikom, którzy pozwolili mi obejrzeć prace w maszynowni w trakcie manewrów ( przepraszam za nieznajomość nazwisk ). (Chodzi oczywiście o Rysia i Waldka - przyp. red.)
Reasumując namawiam i zachęcam każdego żeglarza aby choć 1 rejs pożeglował na tym żaglowcu i wyniósł , wspomnienia jakie ja mam po tym rejsie.
Witold Sobkowicz
j. st. m.



Ryszard Kozłowski Żeglowanie z sekstantem to spotkanie z przyjaciółmi żeglarzami poznawanie nowych osób chętnych uprawiania tego pięknego sportu, i bezpieczne poznawanie świata pod czujnym okiem kapitanów OLI i MAĆKA. Dzięki za fajne chwile. Ahoj. Ryszard



Agata Balczerzak “Remember, there is no second place" - Słowa te powtarzał podczas całego rejsu nasz kapitan Maciej Sodkiewicz chcąc zmotywować nas do sprawniejszego działania. Walczyliśmy wtedy o wygraną w pierwszym etapie Tall Shipów wersja Culture, która odbywała się pod koniec sierpnia 2011 roku. Oczywiście wygraliśmy lecz w dużej mierze nie była to zasługa nasza.
Pełniliśmy wachty na jednej z najwspanialszych jednostek w tegorocznej Tall shipowej floty, która nazywał się „FUJIMO”. Doskonała żaglówka. Pływanie na niej było po prostu poezją. Skrótu nazwy nie rozwinę, jeżeli ktoś pokusi się na rejs na FUJIMO na pewno kapitan lub nawigator pewnego wieczora opowiedzą anegdotę z nią związaną. Mimo że to łódka regatowa, więc trzeba się borykać z takimi niedogodnościami, jak brak storm relingów tudzież kompletu sztućców, były one kompletnie niezauważalne. Łódka dzięki swojej konstrukcji po prostu orała fale, naszych przeciwników w regatach pozostawiliśmy daleko za sobą już w pierwszych godzinach po starcie. Oczywiście kwestią honorową dla tej jednostki było by rozpoczynać regaty z rozpiętym krwistoczerwonym spinakerem.
Żaglówka, przecież to połowa sukcesu. Do kompletu mieliśmy doskonałą załogę zawodową. Kapitana, którego słowa wspomniałam już na początku, który w portach zadawał szyku w garniturach spóźniając się chyba na każdy meeting kapitanów;)(oczywiście przez nas). Ryzykanta Bosmana, którego w portach widywało się na masztach wszystkich żaglówek w promieniu mili od naszej. Oraz niesamowicie charyzmatycznego, prawdziwego mentora, artystę żaglarza Tomka, którego do tej pory załoga na spotkaniach cytuje i bardzo ciepło wspomina. Te trzy osoby dopięły swego i załogę bardzo zróżnicowaną pod kątem umiejętności żeglarskiej zdyscyplinowali i nauczyli jak okiełznać „FUJIMO”.
Co uwielbiam w żeglarstwie morskim że zbiera się grupa zupełnie nieznających się nawzajem ludzi, albo taka w której pojedyncze osoby się znają i w trakcie rejsu dzięki wielu godzinom spędzonym razem , stałej współpracy zaczyna działać jak dobrze na oliwiona machina, doskonale z koordynowana. Oczywiście rodzi się między takimi ludźmi przyjaźń i braterstwo , które pielęgnowane mają szanse przetrwać lata. Tak też było z moją załogą. Tworzyły ją osoby będące w innych momentach życia, zajmujące się różnymi dziedzinami. Jednak chęć spędzenia miło czasu i wydaje mi się odpowiednie wyważenie charakterów sprawiło że ani razu nie doszło do sprzeczki. Wręcz przeciwnie stale spędzaliśmy razem czas, graliśmy, broiliśmy w portach, nie będę ukrywać, wszak to przecież naturalne, piliśmy, na koniec świętowaliśmy zwycięstwo.
Te wszystkie składniki oraz oczywiście nie opisane przeżycia związane ze wypływaniem w morze, przebywaniem tam, radzeniem sobie w każdej sytuacji, sprawiły że po raz kolejny wróciłam jeszcze bardziej rozpasjonowana żeglarstwem, rozkochana w morzu i z apetytem na dużo dużo więcej takich przygód.
Gorąco polecam



Ewa Banaszek - Zwariowałaś.! Bałtyk w listopadzie? Wtedy sztormy chodzą.! A ty marzniesz i chorujesz - dziewczyno, nie dasz rady.! - Ludzie, którzy nauczyli mnie pływania po morzu, byli sceptyczni, gdy powiedziałam, że płynę na Zawiszy na rejs andrzejkowy. Sama nie byłam przekonana - i bałam się wchodząc na statek. Z perspektywy ponad dwóch lat to szaleństwo - jak mi się wtedy wydawało - okazuje się jedną ze szczęśliwszych decyzji.
Bałtyk w listopadzie był zimny i wietrzny, ale pomogło kilka polarów i dobre rękawiczki. A po wachcie zaciszny kubryk, gorący prysznic - i rady doświadczonych kolegów, żeby nie zakładać kaloszy - bo zimno. Atmosfera na Zawiszy - przyjazna, przytulna - szybko odpędziła strachy. Ale Zawias to również statkowa starszyzna: Maciek, Oki, potem Ola i Bruno, cierpliwie odpowiadający na tysiące pytań statkowego żółtodzioba. Starczy słuchać - i uczyć się, bo od niechcenia dzielą się wiedzą niewyobrażalną dla 'niedzielnego żeglarza'.
Po andrzejkach były kolejne rejsy, był Chopin, Głowacki, Fujimo, inne jachty... Zmieniło się sporo - teraz na Zawiszy postawię grota, znajdę żelazko i topór strażacki. Ale ważniejsze okazały się godziny przegadane z Maćkiem przy okazji wspólnego żeglowania: budzący zaufanie, stanowczy i opanowany kapitan, a cały się cieszy kiedy snuje plany, gdzie by tu popłynąć - i zaraża pasją. Jeszcze w tyle miejsc można popłynąć.!
Tak, możemy - Maciek pokazuje tym, którzy z nim pływają, że koniec świata nie jest poza zasięgiem, skoro można wsiąść na jacht i pożeglować na Antarktydę. A jeśli można dopłynąć aż na koniec świata - można popłynąć wszędzie. Bałtyk w listopadzie przestał być ograniczeniem, przeciwnie - otworzył nowe, fascynujące horyzonty.
Dziś przeglądam książkę, którą przypadkiem znalazłam w księgarni: "Pięćdziesiąt najdalszych wysp" i śmieję się z podtytułu: "Miejsca, w których nigdy nie byłam i gdzie nigdy nie dotrę" - o nie.! Przecież im większy koniec świata - tym bardziej kusi.! A w każde z tych miejsc można dopłynąć - starczy odważyć się o tym pomyśleć. Jeśli tylko będę chciała - dam radę. Przecież na tym polega żeglowanie - by płynąć za horyzont.



Konrad Hachulski Wrzesień 2010 - operacja REJS. Kilka miesięcy temu wziąłem udział w brawurowej wyprawie do Szwecji. Nigdy wcześniej nie pływałem żaglowcami.
Wypłynąłem jako morskie zero. Rejs okazał się wielka przygoda. Poznałem wielu fantastycznych ludzi i zrobiłem wiele genialnych zdjęć. Nie żałuje! Polecam!



Ania "Wiedzma" Maczuga 4 miesiące na lądzie to stanowczo za długo a koniec listopada to idealna pora na spotkanie z Bałtykiem. Dobre dusze, wiedząc czego mi trzeba, dały namiary na Sekstant twierdząc, że się dogadamy. Sprawdziłam i faktycznie - sekstantowy plan andrzejkowy to było dokładnie to czego mi było trzeba - rejs Gdynia-Gdynia z międzylądowaniem "gdzieś". Zadzwoniłam pod numer kontaktowy, żeby pogadać i wysondować co to, kto to i czym to grozi. Odebrał Maciek - właściciel firmy i kapitan planowanego rejsu - i ... prawie zagadał mnie na śmierć. A do tej pory mi się wydawało, że to niemożliwe... Bardzo płynnie przeszedł z Bałtyku na Arktykę przeplatając to Północnym i jakimiś regatami. Świr, normalnie świr. Tym mnie ostatecznie przekonał. :D
Potem był rejs, rozkoszne 7B do kompletu z -13C (niestety nie chcą dawać gwarancji na takie atrakcje za każdym razem :( ) i niezapomniane słowa na porannej zbiórce "Wiedźma, ja wiem, że ty tu jesteś. Sio pod pokład!".
Przyjacielska atmosfera, otwartość, chęć do dzielenia się wiedzą i spokój niezależnie od warunków - tym mnie urzekli. I tak sobie od tego czasu, od czasu do czasu pływamy. To gdzie tym razem? ;)



Katarzyna Hachulska - Olszewska Rejsy z "Sekstantem" :-)
Rejsy w różnych dziwnych terminach i w miejscach "gdzie dobre wiatry poniosą"...
Ze Śląska mam daleko nad morze, ale ono zawsze było obecne (przy tym niesamowicie ważne!) w moim życiu i przynajmniej raz/dwa/kilka razy do roku czuję, że Neptun mnie wzywa... Wtedy rzucam wszystko i jadę! Czasem na trochę - połazić po plaży, spotkać się z przyjaciółmi w Trójmieście. Czasem na przejście piechotą przez Zatokę Pucką w Marszu Śledzia. A czasem na rejs.
Jak na rejs na czymś większym, to zazwyczaj (ostatnio zwłaszcza) z "Sekstantem".
Lubię z Nimi pływać - są świetnymi profesjonalistami, a oprócz tego bardzo ciepłymi, miłymi, serdecznymi ludźmi! :-)
No i na swojej stronie oferują szeroki wachlarz morskiej przygody. Jest coś dla ciepłolubnych (tacy jesteśmy chyba wszyscy), ale i dla tych, co się zimna, wichrów złych i morskich przygód nie obawiają. Miałam przyjemność uczestniczyć w kilku takich rejsach w "niepopularnych" terminach (jak to jest, że zawsze było 100% załogi?). Bardzo je sobie chwalę. Dużo się wtedy uczę. Głównie od osób, z którymi pływam.
Jest u Nich - w "Sekstancie" jeszcze kilka propozycji, które kuszą... Ale wszystko w swoim czasie...
Jak śpiewał Janusz Sikorski: "Bo przecież nie umrą żaglowce... Ni oddech wody i nieba..."



Aleksander Jurczak Kurs na sternika - zajęcia na morzu od rana do wieczora a potem teoria do granic przytomności:D Dzięki Naaaaszej Kochanej Pani Instruktor człowiek zrozumiał że to żeglarz jest dla Morza a nie Morze dla żeglarza:) No a najbardziej dziękuje za to że nauka nie poszła w fale na marne:P



Janusz Zarzycki - Cztery lata temu, spędzając urlop nad Adriatykiem, z zazdrością patrzyłem na jachty wpływające do uroczego porciku. Postanowiłem wtedy, że ja też poprowadzę taki jacht. Następnego roku przez tydzień Maciek robił wszystko abym opanował trudną sztukę nierozbijania jachtu o chorwacką keję. Udało się. Zdałem egzamin na Voditiela Brodice i samodzielnie pożeglowałem z rodziną między wyspy . Potem już ruszyła lawina. Rejsy z Maćkiem na Tangu po Morzu Północnym, Lofoty, morze Norweskie i fiordy. Uroki dnia polarnego, mijane stada orek i delfinów. Wędrówki na lodowce i w głąb norweskiej tundry. W międzyczasie szkoliłem się na Maćkowych kursach SRC, nawigacji oraz manewrówkach w Górkach Zachodnich. Nieraz pytałem siebie czemu akurat z Maćkiem. Odpowiedź była zawsze ta sama. Była to przygoda i urok odkrywania nowych lądów i zatok. Jednak również zawsze była to rozwaga i szacunek dla potęgi morza.



Monika "Koziołek" Walaszczyk - Pewnego dnia zadzwonił telefon: "cześć, tu Maciek, będę kapitanem, na rejsie na który się zapisałaś, wiesz pomyślałem, że rejs przedłużymy o tydzień, co ty na to? ", odpowiedziałam mu : "proszę Pana, ale ja pracuję i nie mam tyle urlopu", Maciek na to: "wiem co mówię, załatwiaj ten urlop i płyniemy". Lekko zbita z tropu, jak powiedział tak zrobiłam, to miał być pierwszy morski rejs...
Trzy lata wcześniej patent zrobiony na niewielkim zalewie pod Częstochową, potem Mazury no już nie można było inaczej, jak tylko wyruszyć w morze.
To był niezapomniany rejs do Norwegii z dłuższym postojem w pewnym porcie na T... Klimaty Norwegii, pierwsze fiordy widziane na własne oczy, pierwsze nocne wachty, najlepsza, naprawdę najlepsza załoga na świecie, no i oczywistym stało się, że za rok trzeba płynąć ponownie, najlepiej dalej na Północ, może na Lofoty? Popłynęłam, Maciek przed rejsem zapewniał, że będzie pięknie, ale krajobrazy i klimat Lofotów, nieopisany błękit lodowca, na który dzielnie się wspinaliśmy, noce polarne, to wszystko przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Jak ja bym chciała zobaczyć to jeszcze raz! I tym razem oczywistym stało się, że za rok trzeba płynąć ponownie...
Dalekie wyprawy na Północ przeplatają się z niemniej ekscytującymi rejsami po Bałtyku, kursami manewrowania na silniku pod czujnym i srogim okiem Maćka, no i oczywiście pływaniem pod hasłem "rozpoczęcie/zakończenie sezonu". I tak trwa moja przygoda już trzy lata, rozwijam żeglarskie umiejętności i wiem, że się to nie skończy nigdy, przecież Maciek na to nie pozwoli!



Piotr Pietrzniak - Moje marzenia o żeglarskiej przygodzie mogę dzięki Wam realizować. Bardzo bardzo dziękuje. Gdyby nie to ze przez przypadek wszedłem na tą stronkę i trafiłem na ofertę rejsów nigdy nie poznałbym tylu wspaniałych ludzi. Już kilka razy udało się nam wspólnie popływać na rożnych akwenach dzięki Maćkowi zobaczyłem Horn /złota odznaka turystyki pieszej/ zainteresowani wiedzą o co chodzi:))) kanały Patagonii cudne chwile na Selmie /pozdrawiam całą załogę :)/, na śródziemnym poznałem prawdziwych przyjaciół z którymi mam nadzieje pływać i zwiedzić niejeden portowy bar/ czasem daleko od morza...może być Przemyśl/ Asia Misiek/ Pozdrawiam serdecznie:)
Nie można pominąć Chorwackich szlaków i fantastycznych chwil które przeżyłem na pokładzie AnaLepa .
Można powiedzieć........ z kapitanem tym płynę już nie pierwszy raz znamy się od wielu wielu lat ....a okazuje się ze to wcale nie tak długi okres zaledwie od 2009 roku dzięki Maćkowi uczestniczyłem w rejsach na Horn i Patagonię, w Afrykańskim rejsie - co prawda tylko w etapie od Alicante do Malagi, ale było super, potem Chorwacja znowu Chorwacja w miedzy czasie wielkie żeglowanie na Zawiszy i znowu na zakończenie zeszłego roku też Zawisza Hornowców. Ech spełniają się marzenia i nie zamierzam na tym poprzestać.
Maciek wielkie dzięki za Twoje cenne rady i wskazówki na Warsztatach Nawigacyjnych choć o ortodromie jeszcze porozmawiamy :)))
Mam nadzieje a właściwie wiem ze jeszcze się zadzieje dzięki sekstantowi
Pozdrawiam Piotr "marysia" Pietrzniak -jak na Hornowca to strasznie zniewieściałą ksywkę mi wymyśliliście